Trzydziesty pierwszy sierpień. Urodziny
sławnego Pottera i dzień odwiedzin grobu Rose Malfoy. Scorpius wraz ze swym
jedenastoletnim synem odwiedzał grób ukochanej żony. Odwiedzali go co tydzień.
Wyjazd Rosco do szkoły miał to zmienić. Dlatego też, młodzieniec postawił na
grobie matki, piękny bukiet z czerwonych róż, by mógł jakoś usprawiedliwić
swoją kilkumiesięczną nieobecność w przyszłości.
– Jak ten czas leci, co nie, mamo? Idę do
Hogwartu jutro i żałuję, że nie możesz przy tym być. Ale obiecuję, że będę
robił wszystko byś tam na górze, była ze mnie dumna. A za parę lat, gdy będę
kończył szkołę, zostawię ci chusteczki, byś mogła otrzeć łzy szczęścia ze
swoich policzków… będziesz ze mnie dumna, obiecuje…
***
– Rose, przeklinam cię zaprawdę. Dlaczego
nasz syn musiał odziedziczyć punktualność po tobie?! – Scorpius od piętnastu
minut, czekał na swojego pierworodnego w holu. Od kwadransu powinni znajdować
się wraz z resztą rodziny na peronie 9 i ¾.
– Idę tato! – Na schodach pojawił się
jedenastoletni blondyn, mierzący sto sześćdziesiąt pięć centymetrów, z rażąco
brązowymi oczami, rozczochraną czupryną, wygniecioną marynarką i stosem
lewitujących za nim kufrów – ku uprzejmości cioci Neve.
– Bracie, upewniałeś się czy to twoje
dziecko? Za krzty w nim Malfoya, cały Weasley. No, ewentualnie wygląd.
– Też czasami w to powątpiewam, Neve. –
Scorpius zaśmiał się, poklepując syna po plecach. Chwilę później cała trójka
otrzepywała się z okruchów popiołu, w ukrytym kominku na stacji kolejowej.
Dołączenie do rodziny na „magicznym” peronie zajęło im raptem dziesięć minut.
Jednakże, zjawili się tam w ostatniej chwili. Rosco nie zdążył nawet przywitać
się z wujkami, tylko od razu wbiegł do pociągu, który miał go zawieźć do jego
przyszłej szkoły – Hogwartu.
Pomachał wszystkim dorosłym z okna, po czym
zaczął szukać przedziału i swoich znajomych. Mianowicie Travisa i Hannibala,
najlepszych przyjaciół z dzieciństwa.
Hannibal Lorcan posiadał korzenie
koreańsko-angielskie. Jego matka, była jedynym dzieckiem Blaisa Zabiniego i wybranki
jego serca. Młody Lorcan niczym nie różnił się od dziadka w charakterze.
Spędził z nim większość swojego dzieciństwa, a co za tym idzie, również z
Rosco.
Travisa Weasleya nikomu nie trzeba było
przedstawiać. Był jedynym kuzynem, z którym Rosco umiał się dogadać. Ku
zdziwieniu wielu znajomych, Travis poszedł w matkę – Węgierkę. Nie posiadał
nawet jednego piega, co nie raz powodowało zwątpienie w ojcostwo Hugona.
Jednakże odziedziczył po nim charakter. Nie miał rodzeństwa, ale zawsze
wspierał przyjaciół, służył za powiernika i pocieszyciela kuzynek no i
uwielbiał Qudditch. To właśnie on był przy Rosco, tego feralnego dnia.
Młody Malfoy nie miał zbyt wielu wspomnień
z mamą. Miał zaledwie trzy lata i nie skupiał się na zapamiętywaniu wszystkiego.
Tylko zdjęcia i mugolskie nagrania z kamery, pomagają mu w odtworzeniu
wspomnień. Praktycznie wychował go ojciec. Nie zaznał więc matczynej miłości,
ponieważ Scorpius nie miał zamiaru się z nikim więcej wiązać. Było ciężko. Ale
Rosco mógł pochwalić ojca w stu procentach, ponieważ wyrósł na porządnego
młodzieńca. Scorpius nie uczył go zasad starych Malfoyów – absolutnie! Uczył
syna tolerancji dla mugoli, szacunku dla kobiet, dobrego podejścia do innych
domów. Trzymał go jak najdalej od dziadka Lucjusza, który nie pomieszkiwał od
czasu do czasu odwiedzić swojego prawnuka i nauczyć go kilku niepotrzebnych,
złych, podłych rzeczy.
– Myślisz o mamie? Na pewno byłaby teraz
dumna z ciebie. – Travis położył dłoń na ramieniu kuzyna, tym samym wybijając
go z transu zamyślenia i wspomnień.
Blondyn uśmiechnął się pod nosem i dał się
skusić na partyjkę czarodziejskich szachów, by choć na chwilę stłumić uczucie
tęsknoty za matką…uczucie tęsknoty za jedynym wyraźnym wspomnieniem dotyczącym
matki. Słuchaniem „Czerwonego Kapturka” na kolanach Rose, w bujanym, hebanowym
fotelu. Fotelu zrobionym z drzew z tzw. „hebanowego wzgórza”, na którym
znajdował się ich dom…
***
– No, Travis na bank trafi do Gryffindoru.
Ja trafiłem do Slytherinu. Tylko ty taki…trudny do obstawienia jesteś no! –
Hannibal wiercił się pośród reszty pierwszoklasistów, czekając na kolej blond
kolegi.
– Rosco Malfoy! – na twarzy sędziwej już
dyrektor McGonagall zagościł ciepły uśmiech, na wspomnienie właścicielki tych
samych brązowych oczu, co ów wyczytany pierwszoklasista.
Blondyn usiadł na taborecie i bez strachu
przyjął pierwsze okrzyki Tiary.
– No kto by pomyślał! Takie połączenie!
Spryt, inteligencja, odwaga, szacunek! Ah, cóż za trudna decyzja! Gdzie cię
wysłać, aby nie popełnić błędu?! A niech będzie – Slytherin!
Takiego wyboru spodziewali się wszyscy,
prócz najbliższej rodziny i paru nauczycieli.
Dlaczego Tiara przydzieliła go akurat do
domu Węża? Czyżby ze względu na krew, która w nim płynie, na nazwisko? Travis
nie ukrywał smutku, gdyś piętnaście minut później Tiara przydzieliła go do
Gryffindoru. Jednakże, Hannibal zapewniał, że całą trójką dołożą starań, aby
nie stracić kontaktu. W końcu znają się od dzieciństwa i nie zostali wychowani
w nienawiści do domu Lwa i Węża.
Po dokończeniu przydziału i soczystej
kolacji pierwszoroczniacy zostali odprowadzeni przez prefektów do
poszczególnych siedzib i dormitoriów. Rosco oczywiście dzielił pokój z
Hannibalem. Czekała go tam niespodzianka
w postaci listów od rodzinki. Pierwszy był od Neve i Scorpiusa:
Drogi
Rosco,
Jak
się zapewnie domyślasz, wiemy już, do jakiego domu zostałeś przydzielony.
Jesteśmy odrobinę zaskoczeni, ale wierzymy, że będziesz się dobrze uczył i
rozwijał, bez względu na to. Masz przy sobie Hannibala, więc nie jesteś sam.
Życzymy ci miłych wspomnień, dobrych ocen i zawarcia nowych – ale dobrych –
znajomości. Widzimy się na święta. Wtedy będziemy mieli więcej do obgadania.
Trzymaj się ciepło!
Z gorącymi pozdrowieniami,
Neve i twój stary, zrzędliwy ojciec.
Drugi był od Ackermana i Hugona:
Witaj
młody,
Jak
się trzymasz? Słyszeliśmy, że trafiłeś do Slytherinu. No cóż, nie pasujesz nam
tam, ale pochodzisz z takich rodzin, że dasz sobie radę. Trzymaj się Hannibala
i Travisa, nie wdawaj się w znajomości z potomkami Śmierciożerców, szanuj rówieśników,
ucz się dobrze…kurde wybacz, Acker się rozpisał. Postępuj tak, by mama była z
ciebie dumna. Byśmy wszyscy byli z ciebie dumni. Do zobaczenia w święta.
Twoi niepowtarzalni wujkowie,
Hugon i Ackerman.
Rosco uśmiechnął się pod nosem, a w kąciku
jego oka, zakręciła się maleńka łza. Obiecał sobie, że nie zawiedzie swoich
najbliższych i zrobi wszystko, aby Rose była z niego dumna, nawet jeśli odeszła
wiele lat temu…
_______________________________________
No i proszę, udało się! Było ciężko, ale w końcu udało
mi się napisać ten prolog. Mam nadzieję, że zarówno starzy czytelnicy jak
i nowi będą czytać tą kontynuację. Mam nadzieję, że się spodoba!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz