czwartek, 22 listopada 2012

7. Głupia i naiwna ja

Długo, bardzo długo pisałam ten odcinek. Mnóstwo rzeczy miałam na głowie + brak weny. Ale w końcu mi się udało. Myślę, że następny rozdział będzie maksimum w styczniu, ale nie obiecuję. Życzę miłego czytania!
__________________________
Zima już się skończyła, a kwiecień przynosił coraz to piękniejsze oznaki wiosny. Drzewa znów były pokryte pięknymi kwiatami i liśćmi, słońce grzało i nareszcie można było zamoczyć nogi w jeziorze.
Rosco już od ponad miesiąca próbował zagadać do Zeppelin, jednak przynosiło to marne skutki. Puchonka skutecznie go unikała, zawsze miała kogoś obok siebie, na wspólnych zajęciach wychodziła wtapiając się w tłum. Blondyna zaczęło to powoli irytować. Primo – chciał jej oddać książkę, secundo – chciał porozmawiać o sytuacji w Łazience Prefektów, no i tertio – jej naturalność jest bardzo atrakcyjna!
Blondyn dostawał już niezłego mętliku, kiedy Puchonka raz go unikała, a potem mordowała spojrzeniem. O co do cholery chodziło?!
W końcu oświecił go Hannibal. W oświecaniu to on miał wprawę. Rosco zastanawiał się czy Lorcan w ogóle posiadał jakieś wady? To trochę irytujące..
- Stary, ty mało co pamiętasz z Teneryfy, prawda?
- No w sumie…
- Legenda głosi, że zalany w sztok proponowałeś jej używki, a potem odszedłeś w grupie równie pijanych dziewczyn. To plus wgapianie się w nią półnagą wyjaśnia raczej jej postawę, nie sądzisz?
- Jak ty o tym mówisz, to widzę w swojej osobie dupka..auć!
- Boli? A widzisz. Tak to jest raz na wozie, raz pod wozem stary – odparł Hannibal klepiąc zamyślonego przyjaciela po plecach.
- Chyba powinienem ją przeprosić za to zajście, a nie gapić się na jej smukłe, zgrabne…ała! – Rosco dostał siarczystego „plaskacza” w potyliczną część głowy.
- W tej sytuacji robię za głos rozsądku. Należy przeprosić ów damę za oba zajścia. Na moich urodzinach będę diabełkiem na twoim ramieniu. Ale tutaj nie masz wyjścia, bo masz u niej dług po Eliksirach.
- Ok, ok. Już przestań mi robić za aniołka na ramieniu. Idę ją złapać. Do zobaczenia na imprezie! – Blondyn zniknął za rogiem, a Hannibal oparł się o ścianę i włożył ręce do kieszeni.
- Stary…błagam cię. Chociaż w tej jednej sprawie postąp tak, jakby chciała tego twoja mama..
**
Rosco już od pół godziny kręcił się w okolicach Kuchni i przejścia do dormitorium Puchonów. Był cały podenerwowany. Wierzcie lub nie, ale na prawdę nie chciał złych relacji z tą istotą! Nic złego mu nie zrobiła, wręcz przeciwnie – udzieliła mu bezinteresownej pomocy. Ponadto, nie mógł zapomnieć widoku z Łazienki Prefektów.
- Czego tu szukasz? Węży tu nie ma. A przy okazji nauczyłbyś się pukać… - Blondyn usłyszał za sobą znajomy głos. Czym prędzej się obrócił i ujrzał Zeppelin. Na język cisnęło mu się coś równie kąśliwego, ale pamiętał, co mówił Hannibal.
- Chciałbym cię bardzo przeprosić. Za to, co się stało na Teneryfach. Wstyd mi, ale nie pamiętam naszego spotkania. Ale nie byłem zbyt szarmancki, więc przepraszam. Ty mi uratowałaś tyłek na Eliksirach, a ja się tak odwdzięczyłem. I głupio wyszło z tą łazienką. Nie myślałem, że akurat ty też wpadniesz na taki pomysł.
- A co to ja gorsza jestem?! – O wiele niższa Zeppelin założyła ręce na biodra i spojrzała na blondyna piorunującym wzrokiem.
Rosco podniósł ręce jak przy modlitwie do Boga i bezgłośnie zapytał ku górze ”Co za szatan cię skusił, żeby stworzyć kobietę?!”. Opuścił z powrotem głowę, wziął głębszy oddech, po czym ponownie spojrzał na Puchonkę.
- Nie jesteś gorsza. Po prostu wydajesz mi się miłą, odpowiedzialną dziewczyną, która zdecydowanie twardo stąpa po ziemi. Jakoś nielegalne wkradanie się do Łazienki Prefektów mi do ciebie nie pasuje. Tylko nie zrozum tego źle!
Zeppelin przymknęła oczy i zaśmiała się pod nosem, widząc Rosco wyciągającego ręce przed siebie z wyrazem twarzy mówiącym „proszę tylko nie bij, nie obrażaj się”.
- Ok, ok. Wybaczam i jedno i drugie. Już jest między nami spoko. Tylko jak się spijesz, to nie zbaczaj w moim kierunku, ok?
Rosco już chciał odpowiedzieć, ale żadne słowa nie mogły mu przejść przez gardła. Zdębiał. Na twarzy Zeppelin widniał rozbrajający, szczery i żartobliwy uśmiech. Emanowała od niej taka…pogodność? Ostatni raz taki uśmiech widział na ustach ciotki Neve, gdy się zaręczyła. A wcześniej…u swojej matki. Tak, jego matka miała jeden, jedyny, niepowtarzalny uśmiech. A Zeppelin tak bardzo ją przypominała…
- Rosco, wszystko w porządku? – Puchonka lekko przechyliła głowę w prawo, nadal kurczowo trzymając książkę do Transmutacji przy klatce piersiowej.
„Boże…jak ona…Otrząśnij się stary!”.
- Tak, tak. Zamyśliłem się. Cieszę się, że wszystko wyjaśnione. I może w końcu pochwalę się swoimi manierami – powiedział Rosco ujmując dłoń Zeppelin, pochylając się i lekko całując jej dłoń. – Nazywam się Rosco Malfoy. Miło mi cię poznać.
Panna Waldorf na chwilę znieruchomiała, zaskoczona gestem Ślizgona. Jego oczy powędrowały w jej kierunku, aczkolwiek nadal trzymał ją za dłoń. Ona również spojrzała w jego oczy. Miały barwę niczym mleczna czekolada. Spojrzenie było przenikające ale i zarazem ciepłe. Tajemnicze, choć odsłaniające trochę uczucia młodzieńca. Zeppelin wpadła w trans. Nie mogła przenieść wzroku nawet o milimetr. Czyżby to była jakaś sztuczka z Czarnej Magii? Czy siostra miała rację, że powinna na niego uważać?
- Chyba przygniótł cię mój urok osobisty, więc lepiej się ulotnie…Zeppelin Waldorf – ostatnie dwa słowa, jej imię i nazwisko, wymówił takim subtelnym głosem, że Puchonkę przeszły ciarki po całym ciele. Gdy już otrząsnęła się z transu, blondyn znikał już za pobliskim rogiem. Jedyne co była w stanie z siebie wydusić to:
- Wow….
***
Jak mogą wyglądać urodziny Hannibala Lorcana? Tego pytania nie musiał sobie zadawać żaden z mieszkańców Domu Węża. Ów domownik należał do osób nie tylko inteligentnych ale i rozrywkowych, jak to na potomka rodu Zabini przystało. Nie zabrakło także przebiegłości, która przejawiła się w tym, że przemycono Travisa na imprezę w Lochach. Wystarczyło zdobyć parę niedozwolonych składników i stworzyć Eliksir Wielosokowy. Pozostali uczestnicy imprezy nie mogli rozpoznać Weasleya już w jego naturalnej postaci, ponieważ Hannibal rzucił na przyjaciela zaklęcie maskujące. Oprócz niego i Rosco, wszyscy widzieli przeciętnego mieszkańca Slytherinu.
- No panowie, póki jeszcze jesteśmy w dormitorium, zdrowie jubilata – powiedział blondyn, unosząc kieliszek szampana w stronę swoich dwóch najbliższych przyjaciół.
- I szczęście. – Dodał Travis.
- A przede wszystkim, za dobrą zabawę. – Zakończył Lorcan i jednym łykiem wypił zawartość kieliszka.
I tak oto zaczęła się apokalipsa.
Z każdym pokoleniem, imprezy Slytherinu robią się coraz bardziej huczne. Sodoma i Gomora XXI w. Tak to potrafi się bawić tylko dom Węża. To się robi powoli niepokojące i nudne. Jednakże, czego się spodziewać przy takich silnych osobowościach jak dzisiejszy jubilat? Ślizgoni dostają to czego chcą. A Hannibal chciał alkoholu, dziewczyn i dobrej zabawy. I tak życzenie stało się rozkazem.
Starsze roczniki przemyciły alkohol z Hogsmeade, a dziewczęta nie mógłby się oprzeć, aby nie pojawić się na „domówce” roku. Jubilat miał wianuszek fanek tańczących wokół siebie, Travis zmienił się w konesera win, a Rosco…
A no właśnie. Nasz blondyn, o dziwo, nie miał najsilniejszej głowy. Parę toastów z jubilatem, kilka degustacji win z kuzynem i stan upojenia alkoholowego gotowy. Myśli i obrazy, które go dręczyły podczas spotkania z Zeppelin, znikły w oka mgnieniu. Tym bardziej, że jedna z jego koleżanek, ciągnęła go za krawat w najciemniejsze miejsce na tej imprezie. W jeden z kątów Pokoju Wspólnego. Co się dalej działo, nie musze chyba mówić. Usta szczupłej blondynki przywarły do Malfoya, który nie specjalnie wiedział, co się dzieje, ale postanowił się nie opierać. Gdyby tylko wiedział, jakie będą tego konsekwencje…
***
Następnego dnia, w Hogwarcie huczało od plotek z imprezy urodzinowej Hannibala. Na nieszczęście niektórych, nie były one wbrew pozorom pochlebne.
Rosco już od paru godzin widział i czuł na sobie spojrzenia i szydercze uśmiechy męskiej części Hogwartu, na twarzach wielu dziewczyn malowało się zdziwienie i strach. Nikt jednak nie miał odwagi wprost powiedzieć Malfoyowi, o co im wszystkim chodzi.
- Chłopaki, czy ja wczoraj zmieniłem orientację seksualną, albo co?! – Poirytowany blondyn spojrzał błagalnym wzrokiem na przyjaciela oraz kuzyna.
- Stary nas się nie pytaj. Ja znikłem z Madison, a Travis zasnął przed północą. Też próbowaliśmy się dowiedzieć o co chodzi, ale nic z tego. Milczą jak grób. – Hannibal podrapał się po głowie z bezradnym wyrazem twarzy i poklepał swojego przyjaciela po plecach.
- Oh, ja cię z chęcią oświecę…
Chłopaki aż podskoczyli, gdy ni stąd ni zowąd usłyszeli za sobą głos Zeppelin. Kiedy ona się do jasnej anielki pojawiła?!
- Zeppelin, spadasz nam z nieba aniele! Proszę, mów! – Rosco rzucił się Puchonkę by uraczyć ją dziękczynnym objęciem.
- Po pierwsze, odsuń się ode mnie. Nie chcę mieć z tobą jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Po drugie, tak się wczoraj schlałeś, że nie pamiętasz co i z kim wyrabiałeś, mam rację?
- Twój ton i poirytowanie nie wróży nic dobrego… - Zauważył Travis.
- Naprawdę, po naszej ostatniej rozmowie, myślałam, że już więcej taki głupi nie będziesz. Dałam się nabrać na szarmanckiego, uprzejmego Malfoya. Głupia i naiwna ja.
- No to by było na tyle z dobrej opinii… - Hannibal przeczuwał, że to nie będzie błahostka i objął przyjaciela jednym ramieniem.
- Wyobraź sobie, że moja przyjaciółka – Tara Bunch – opowiedziała mi bardzo ciekawą historię, której wcale nie chciałam usłyszeć, bo miałam cię za kogoś lepszego. Pal sześć to, że praktycznie prawie uprawiałeś seks z Lisą Bunch na oczach reszty Ślizgonów. W końcu słyniecie ze spania z kim popadnie. Ale to, że razem studiowaliście książki do Czarnej Magii....Naprawdę, to już lekkie przegięcie. Lisa już będzie się ze szkołą żegnać, bo Tara powiedziała rodzicom, co usłyszała od pijanej siostry. Teraz zastanawiam się, czy nie wkopać też i ciebie. Co ty sobie w ogóle wyobrażałeś?!
Na twarzy Hannibala i Travisa pojawiło się wielkie zdziwienie. Ich usta rozszerzyły się i ukształtowały w literę „O”. Ich przyjaciel i Czarna Magia? Spodziewali się usłyszeć pierwszą część wypowiedzi Zeppelin, ale…zła strona mocy? To było porządne zaskoczenie.
Natomiast sam zainteresowany poczerwieniał. Był na siebie wściekły. Ale nie dlatego, że studiował CM, bo to robił już ze swoim pradziadkiem od jakiegoś czasu. Był wściekły, że robił to z pierwsza lepszą osobą, która już zdążyła rozgadać to w szkole. Teraz czekał już tylko na grom z ciemnego teraz nieba – złość dyrektorki, ciotki i przede wszystkim…ojca.