środa, 17 lipca 2013

10. Sterujesz ludźmi, niczym marionetkami.

Szkocja – kraina mitycznego potwora, pieszczotliwie zwanego Nessie. Tutaj postanowił się osiedlić młodszy z braci Potter, wraz ze swoją małżonką. Po długich namowach dołączyła do niego także Lily.
Najmłodsza z rodzeństwa Potter, do końca szkoły pozostała w związku z Oliverem Duff’em. Potem oboje udali się do szkoły aurorskiej, by po paru latach rozpocząć pracę i nowy etap w życiu. Zbiegło się to niestety ze śmiercią Rose. Zabrakł jej raptem miesiąc, by spełniła się w roli świadkowej swojej kuzynki. Jednakże wszyscy cieszyli się w ciągu tego dnia. Nawet Scorpius – wiedział, że inaczej Rose by mu tego nie podarowała, tam po drugiej stronie. Dziewięć miesięcy później na świecie pojawił się, jak dotąd, ich jedyny potomek – Marcus. Jest on o cztery lata młodszy od Rosco. Lily uporała się z ciemną przeszłością w postaci Nathana i wiedzie do dziś szczęśliwe pożycie z Oliverem. Zastanawiają się nad powiększeniem rodziny, w końcu są jeszcze młodzi.
Kolejny z dzieci Wybrańca – Albus, pojął za żonę Padmę, która z kolei jest siostrą Jasmine – żony Jamesa. Zabawny zbieg okoliczności. Jednakże do końca szkoły Albus umawiał się z Mirandą, towarzyszką Scorpiusa na ostatnim Balu Duchów. Los jednak i tak popchnął go w kierunku Padmy. Pobrali się dość późno, ponieważ pierwsze pojawiły się dzieci. Tak, w liczbie mnogiej. Pani Potter wydała na świat Lorcana i Marię w kilka miesięcy po wypadku Rose. Co jakiś czas przyjeżdża z młodszą siostrą odwiedzić rodzinę w Anglii.
Z kolei James, który przyjechał w odwiedziny do rodzeństwa, postanowił zostać w Londynie, razem z Jasmine i córką – Aishą. Obrączkę na palcu zdobył w rok po ślubie swojej rudowłosej kuzynki. Jego oczko w głowie – czyli córeczka tatusia, urodziła się parę miesięcy po Rosco. Nie było jej jednak na tym nieszczęsnym przyjęciu urodzinowym, gdy zginęła Rose. Pojechała wtedy do dziadków od strony mamy, a jej rodzice mogli spokojnie zorganizować w swojej restauracji przyjęcie dla małego Malfoya. James bardzo przeżywa fakt, że Aisha i Rosco nie mogą się dogadać, ponieważ on kochał Rose jak własną siostrę.
Tego dnia, rodzeństwo wraz ze swoimi partnerami oraz dziećmi zasiadło przy wspólnym stole na zjeździe rodzinnym u Lily. Minęło sporo czasu, od kiedy zobaczyli się w takim gronie i trzeba było nadrobić zaległości. Młodzież tuż po obiedzie udała się do ogrodu, by cieszyć się słoneczną pogodą. Natomiast dorośli usiedli sobie na ganku i rozmawiali, popijając kompot z czereśni.
- James, nawet nie wiesz jak się cieszymy, że udało ci się w końcu do nas przyjechać. Stęskniliśmy się za tobą! – Lily pozostała tak samo emocjonalna jak w dzieciństwie, dlatego pierworodny Potter musiał utrzymać równowagę, aby się nie wywalić.
- Oj siostra, nic się nie zmieniłaś. Ja za wami też – odparł przytulając siostrę.
- Niewiarygodne jak ten czas szybko mija, co nie? Jeszcze niedawno, to my byliśmy w wieku Aishy. Powiem wam, że czasami dorosłość mnie przytłacza i chętnie bym wrócił do czasów Hogwartu, gdy naszym jedynym zmartwieniem było zdanie egzaminów.. – Westchnął Albus.
Rodzeństwo wybuchło gromkim śmiechem, po czym również westchnęło i spojrzało na swoje pociechy.
Na Marcusa, czternastoletniego szatyna o brązowych oczach. Był średnio wysoki, z racji, że odzyskał wzrost po matce. Należał także do spokojnych i miłych osób, tak jak jego ojciec. Wdał się w ród Duff.
Na szesnastoletnich parę bliźniaków dwujajowych Albusa – Lorcana i Marię. Oboje odziedziczyli po ojcu zielone oczy i czarne włosy – z resztą ich matka również posiadała czarne włosy. Bliźniaki wdały się w dość energiczną i spontaniczną matkę, jeśli mowa o charakterze. Lepszych chrześniaków James nie mógł sobie wymarzyć.
Ostatni wzrok skierowany był na najstarszą w tej młodzieży – Aishę. Wysoką, zgrabną brunetkę o czekoladowych oczach, z iście ślizgońskim charakterze odziedziczonym po matce. Wiadomo, że jako jedynaczka, była córeczką tatusia, jednakże często dochodziło na linii ojciec-córka do spięć, właśnie z powodu jej charakterku. Mimo to, kochał ją najbardziej na świecie.
- Tak w ogóle James, wiesz co się dzieje z Scorpiusem i Młodym?
- Niestety nie, bracie. Aisha z Młodym w szkole nie rozmawia, a ja od jakiegoś czasu nie dostaję odpowiedzi od Scorpiusa. A na odwiedziny nie miałem czasu, harmider jeden wielki w robocie. I myślałem go teraz w wakacje odwiedzić. Rozmawialiśmy chyba przed świętami, to wspomniał, że Rosco sprawuje mu lekkie kłopoty, ale że to hormony pewnie i nie mamy się, co martwić. A potem cisza.
- Hm…to nie w jego stylu. Co wy na to, żebyśmy zrobili mu niespodziankę i go odwiedzili? Dajmy…w ten weekend! – Lily zawsze należała do spontanicznych osób.
- W sumie…skarby wy nasze kochane, zajmiecie się dzieciakami, my wyskoczymy w czwórkę na weekend do naszego blondasa? – Bracia Potter spojrzeli błagalnym wzrokiem na swoje małżonki.
Brunetki zaśmiały się i przystały na tą propozycję. Dobrze wiedziały jak zżyte były rodziny Potter/Weasley/Malfoy.
Nagle, ku zdziwieniu wszystkich, przyleciała sowa Hugona i usiadła na ramieniu Olivera, mając przywiązany do nóżki list.
- Co tam pisze, kochanie? – Zagadnęła wesoło rudowłosa.
- Wasza ciocia…Hermiona…leży w szpitalu. Miała zawał..
Rodzeństwo zamarło. Wiadomość ta przyćmiła całą radość ze spędzonego wspólnie czasu. Zniszczyła także w zarodku pomysł niezapowiedzianych odwiedzin u Scorpiusa. Pomyśleć, ile nieszczęścia może przynieść jedna mała sówka…
***
Tymczasem w Anglii, w domu Neve Malfoy podobną wiadomość czytał Rosco. Nadawcą listu był Travis.

„Hej Rosco,

Prawdopodobnie jeszcze o tym nie wiesz, bo nie rozmawiasz ze swoim ojcem. Babcia Hermiona miała zawał, niedawno dowiedziałem się od taty. Nie znam szczegółów, nie chciał powiedzieć. Coś ukrywa. Wiem tylko, że stało się to podczas jego odwiedzin z mamą u nich. Mam zamiar ją odwiedzić. Myślę, że ty też powinieneś.”

Rosco odłożył list, po czym opadł miękko na łóżko, na którym siedział. No takich wiadomości, to się nie spodziewał. Babcia Hermiona kochała go i rozpieszczała ponad życie. W końcu był cząstką jej ukochanej córki.
Jeśli chodzi o stosunki z Weasleyami, były one zdecydowanie bliższe niż z Malfoyami. Kochał zarówno jednych i drugich dziadków, ale dzieciństwo spędził przede wszystkim w otoczeniu Travisa, wujka Hugona, oraz dziadków Ronalda i Hermiony. Dla Draco i Astorii było to całkiem zrozumiałe, że tak się stało. Scorpius po stracie potrzebował wsparcia przyjaciół, a Rosco kogoś, z kim mógłby się bawić. Jednak cały czas utrzymuje również bliski kontakt z dziadkami Malfoyami.
O kontaktach Rosco i Travisa nie trzeba opowiadać – kuzyni i najlepsi przyjaciele. Z kolei z Hugonem łączyła go szczególna więź. Kiedy był mniejszy i brakowało mu mamy, rudzielec dawał mu poczucie, że jakaś część mamy jest cały czas obok niego. Wiele razy słuchał opowieści o dzieciństwie swojej matki. Często do słuchania tych opowieści przyłączał się również Travis. A sam Hugon, traktował Rosco jak swojego drugiego syna i razem z żoną, pomagali Scorpiusowi w jego wychowaniu. Z kolei Scorpiusa, po śmierci Rose, traktował jak brata.
Zaś Hermiona i Ron…starali się, aby Rosco odwiedzał ich w dzieciństwie najczęściej jak się da, żeby nie odczuwał tak straty matki, zmiany wszystkiego, co wokół niego się działo. Posiadali tylko dwoje wnucząt, którymi byli właśnie Rosco i Travis. Z młodym Malfoyem posiadali bardzo dobre kontakty, za dzieciństwa był z nimi bardzo zżyty i darzył ich szacunkiem. Ta wiadomość przyniosła mu smutek, to niewątpliwe. Zamierzał odwiedzić babcię, kiedy to tylko będzie możliwe. Tymczasem, miał do załatwienia pewną sprawę. Lucjusz chciał się z nim spotkać. Tak więc, blondyn postanowił się ubrać, zszedł z piętra i ruszył w kierunki drzwi.
- A ty gdzie wychodzisz? – W przejściu do salonu pojawił się nikt inny jak Neve.
- Mam randkę, jeśli już musisz być taka wścibska. Wrócę niedługo, nie martw się.
- Przestań być taki pyskaty w stosunku do mnie. Mieszkasz tu, bo nikt inny nie wziąłby cię pod opiekę, bo jesteś nie do zniesienia. Miałam wziąć ślub w kwietniu, a przez twoje wybryki i doprowadzenie mojego brata do takiego stanu, musiałam przełożyć ślub na przyszłe wakacje. O ponad rok – czy ty to rozumiesz?! Chyba nie dociera do ciebie, że twoje decyzje nie wpływają tylko na jedną osobę – wpływają na całą rodzinę. Od czasu śmierci swojej matki, jesteś bardzo ważny dla swojego ojca, mnie, wujów, dziadków. Dlatego jeśli coś się dzieję, to każdego to dotyka. Więc ogarnij się, bo i mnie skończą się nerwy niedługo! A pod mostem mieszkać nie będziesz, bo Rose by mnie zabiła.
- Akurat o to, że nikt inny nie weźmie mnie pod opiekę, to bym się wykłócał – odparł Rosco pod nosem, uśmiechając się przy tym cwanie i zamykając za sobą drzwi wejściowe.
Kilkadziesiąt minut później, Rosco znajdował się na stacji King’s Cross, gdzie pośród mugolów, mogli się z Lucjuszem wtopić w tłum, co by nikt nie doniósł o ich spotkaniu.
- Witaj Rosco, cieszę się, że zgodziłeś się na to spotkanie.
- Tak tak, zostawmy przyjemności. Powiedz, o co chodzi. Nie mam zbyt wiele czasu, a czekają na mnie jeszcze inne sprawy.
- Jak miło patrzeć, że stajesz się taki jak ja. Dobrze, więc będę się streszczał. Mam możliwość załatwienia tobie wymiany studenckiej z Durmstrangiem. Na pierwsze dwa miesiące roku szkolnego. Mam tam znajomości, a i znajdzie się parę osób w dobrych stosunkach z tą McGonnagall. Sto dziesięć lat już ma, kto to widział tyle żyć…
- No jakoś nie uśmiecha mi się ten pomysł. Nikogo tam nie znam, w Hogwarcie mam Travisa i Hannibala.
- A gdybym ci powiedział, że mógłbyś się tam nauczyć tego, przed czym uczą obrony w Hogwarcie? – Spytał Lucjusz, kładąc rękę na ramieniu prawnuka.
- Rozwiń tą myśl…
- Pomyśl jakie uczucie mogłoby cię przepełniać, gdybyś bez problemów, bez żadnego ukrywania się, nauczył jak rzucać Imperio. Potęga Imperiusa jest zaprawdę wielka. Sterujesz ludźmi, niczym marionetkami…
________________________________________
Proszę oto i nowy rozdział. Przez cały lipiec i kawałek sierpnia odbywam praktyki, więc nie gniewajcie się jak kolejny rozdział znów pojawi się późno. Wszystko zależy od mojej weny i od tego czy będę miała czas. Ale postaram się oczywiście jak najszybciej dodać kolejny rozdział. Pozdrawiam!

piątek, 5 lipca 2013

Zastój.

Wybaczcie drodzy czytelnicy za ten zastój. Sesja już za mną i nowy rozdział jest w toku pisania, ale idzie to powoli, bo trochę brak mi weny, a nie chcę pisać na przysłowiowe "odwal się". Dlatego proszę o cierpliwość i wyrozumiałość, nie wiem kiedy pojawi się ten nowy rozdział, ale się pojawi. Nie porzucam bloga. Pozdrawiam, RoSco.

środa, 15 maja 2013

9. Obyś miał więcej szczęścia.



Czerwiec, słoneczny poranek, temperatura, w której nie zamieniamy się w pieczonego kurczaka i Budapeszt. Dom jednorodzinny ulokowany niedaleko Dunaju,  z widokiem na Wyspę Małgorzaty. Tutaj osiedlił się i założył rodzinę Ackerman Diane – najlepszy przyjaciel Scorpiusa Malfoya oraz ojciec chrzestny Rosco.
Był to dwupiętrowy dom w kolorach bieli i pastelowego błękitu. Bielą pokryte były okiennice, płoty oraz wszelkie drewniane zdobienia, znajdujące się czy to przy dachu, czy przy ganku.  Posiadał także wiele okien, dzięki czemu podczas słonecznych dni, do każdego pokoju wpadało słońce – swoją drogą dawało to niesamowity efekt.
Uroczy domek jednorodzinny w stylu wiktoriańskim zamieszkiwał razem ze swoją żoną Melodią – 32 letnią Węgierką. Opisać ją można było, jako drobną, niską ciemnowłosą dziewczynę o rażąco niebieskich oczach. Wszystkich uderzała jej porcelanowa cera oraz delikatne i młodzieńcze rysy twarzy.
Byli małżeństwem od pięciu lat i od takiego okresu starali się o dziecko. Niestety z marnym skutkiem. Takiej wielkości dom został zakupiony właśnie z myślą o dużej rodzinie. Mieli już nawet przygotowany pokój dziecięcy w neutralnym – kremowym – kolorze. Zarówno Diane jak i jego urocza żona stracili nadzieję, kiedy to Melodia zauważyła u siebie nudności.
- Ack, to już się ciągnie czwarty dzień. Albo mam grypę żołądkową albo…
- Migiem mi do świstoklika, ja w tym czasie zamknę dom!
Kilka minut później, młodzi małżonkowie znajdowali się już w Szpitalu św. Munga, gdzie pracował ginekolog Melodii. Zajmował się również leczeniem niepłodności – te umiejętności, leki i tym podobne rzeczy wyniósł z kilkuletniego pobytu w USA wśród mugoli. Już prawie pięć lat zajmował się przypadkiem Melodii i krajało mu się serce, gdy raz po raz, po każdym In vitro test wskazywał „negatywny”. Dlatego zdziwił się, gdy ujrzał państwa Diane w swoim gabinecie, po ponad półrocznej przerwie od ostatniego nieudanego In vitro. Co za tym poszło – na tamten czas – ostatniej wizyty.
- Melodia, Ackerman, wchodźcie proszę! Siadajcie – powiedział zaskoczony dr. House, widząc ich w drzwiach swojego gabinetu.
- Witaj, Gregory. Jak rodzina? – zapytał Ackerman siadając z żoną na krzesłach.
- Dobrze, dobrze. Ale nie rozmawiajmy o mnie. Mówcie, co was sprowadza! Czyżby…
- Albo to grypa źołądkowa, albo tak, to jest to, co myślisz. Dlatego proszę zrób mi USG. Straciliśmy jakiś czas temu nadzieję, więc ta iskierka to w tym momencie dla mnie wszystko – stwierdziła Melodia wstając z krzesła i kierując się w stronę kozetki.
Dr. House uśmiechnął się tylko z nadzieją, że jego pacjentce nareszcie udało się zajść w ciążę i czym prędzej przystąpił do badania USG. Zarówno Acker jak i jego żona z wyczekiwaniem wpatrywali się w ekran, wodząc wzrokiem w poszukiwaniu „fasolki”…
- Tak, to zdecydowanie ciąża! Co więcej, wnioskuje, że to ósmy tydzień i….ciąża bliźniacza!
- Greg, wiesz, że to nie jest temat do żartów… - zaczął Diane.
- Nie wierzycie mi, to posłuchajcie dwóch bijących serduszek – odparł doktor, po czym włączył głośniki. Po chwili dało się usłyszeć szybkie uderzenia serca – do tego podwójne. Nie dość, że w końcu się udało, to los sprawił im prezent w postaci bliźniaków!
- Ale jak to możliwe? Przestałam brać hormony i wszelkie inne leki, a ostatnie In vitro było robione pół roku temu… - Melodia zamiast cieszyć się z ciąży i z bliźniaków, zaczęła zastanawiać się, jakim cudem się to udało.
- Najwyraźniej, ktoś na górze wysłuchał waszych modlitw. Nigdy u żadnego z was nie stwierdziłem bezpłodności, po prostu braliście leki, żeby trochę rozruszać hormony, bo trochę leniwe były. – Zaśmiał się doktor.
- Czyli to było naturalne poczęcie! Boże, nareszcie się udało! – Ackerman podniósł się z krzesła, po czym wziął żonę na ręce i zaczął się obracać wokół własnej osi. Całkowicie zapomniał, że żona nie skończyła badania, więc na brzuchu znajdowało się jeszcze trochę żelu do badania USG.
- Aj, szaloni! Melodio, z racji, że są to bliźniaki i zajście w ciąże trwało tak długo będziesz mnie odwiedzać, co dwa tygodnie, dobrze?
- Mel, skarbie. Zostań tu i wypytaj się o wszystko, co ważne, ja w tym czasie wyjdę i zadzwonię powiadomić naszych rodziców, dobrze?
- Ok – odparła Melodia do męża, wycierając żel ze swojego brzucha.
Chwilę później Diane znajdował się już na korytarzu oddziału ginekologicznego. Podszedł do automatu z napojami i czekając na kawę, wyciągnął telefon. Już miał nacisnąć zieloną słuchawkę, kiedy usłyszał znajomy głos za plecami:
- Ackerman? – Ów osobnik obrócił się i zobaczył…Lucasa Pardo!
- Lucas, witaj! Wieki się nie widzieliśmy. Ostatnio chyba… - Nie zdążył dokończyć, ponieważ brunet uściskał go przyjaźnie.
- Co ty tu robisz tak, w ogóle? – Zagadnął.
- Ja i moja żona Melodia, w końcu po pięciu latach starań, spodziewamy się dziecka! W sumie, to nawet dwójki. Nawet nie wiesz jak się cieszę – odparł Diane z wielkim uśmiechem na ustach.
- No to najszczersze gratulacje! Ja właśnie parę godzin temu po raz trzeci zostałem ojcem. Trzeci chłopiec, wyobrażasz to sobie?! Cała energia życiowa mi na nich schodzi. A powiedz mi tak w ogóle, co słychać u reszty? Ostatnio widzieliśmy się w szkolnym składzie, na ślubie Rose i Scorpiusa.
- Nie doszły do ciebie żadne wieści?
- Jakie?
- Oj, stary. Lepiej usiądźmy.
Lucas przejął się nie na żarty, ale posłusznie wykonał polecenie. Nie wiedział, czego może się spodziewać. Po ślubie przyjaciół wyjechał do Australii i tam poznał wybrankę swojego serca.
Jakoś tak wyszło, że tak pochłonięty był życiem w Australii, że urwał mu się kontakt ze znajomymi. Nawet z jego wujem Blaisem, a co za tym idzie – dziadkiem Hannibala. Do Anglii wrócił dopiero dziewięć lat temu. Kilka miesięcy po swoich trzydziestych urodzinach dostał najwspanialszy prezent od żony – pierwszego syna.
-Albus i Lily siedzą w Szkocji z rodzinami. Ja siedzę w Budapeszcie, a Hugo, James i Scorpius w Anglii. Nasz stary rudzielec dołączył do mnie w Budapeszcie i tam poznał swoją żonę. Potem razem z nią wrócił do Anglii. Rose i Scorpius doczekali się syna i jednocześnie mojego chrześniaka – Rosco. Tu masz jego zdjęcie. – Diane wyjął swój portfel i pokazał zdjęcie blondyna.
- Ah, ma oczy po Rose. Reszta to wykapany tatuś. Coś czuję, że niezłe z niego bożyszcze i Rose poznała już niejedną synową. – Zaśmiał się mulat.
Ackerman położył rękę na ramieniu przyjaciela, po czym obwieścił mu pewną nowinę.
- Lucas…jak ci to powiedzieć. Rose nieżyje. Miała wypadek na trzecich urodzinach Rosco. Potrącił ją samochód. Scorpius został sam z Rosco…
Ale Pardo już nie słuchał. W głowie szumiały mu słowa „Rose nie żyje”.  Był jak w amoku, przed oczami pojawiły się wspomnienia związane z jego dawną miłością. Pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek, rozstanie…

Pierwszy przy punkcie kontrolnym pojawił się Lucas. Wziął od centaurów chorągiewkę, usiadł na pobliskim pniu i zaczął pić wodę. Chwilę potem pojawiła się Rose. Również odebrała chorągiew i usiadła koło Ślizgona z butelką wody i dwoma jabłkami.
– Chcesz? – zapytała, podając mu jedno jabłko.
– Dzięki – odparł z uśmiechem szatyn, spoglądając na Rudą. Tak jak on miała brązowe oczy. Ale jej spojrzenie było o wiele cieplejsze. Różnił ich jednak jeszcze kolor skóry. Lucas był mulatem.
– Szybki jesteś. – Pochwaliła go Gryfonka.
– Ma się to coś. No, ale muszę przyznać, że ty też. Sądziłem, że będziesz ostatnia. – Zaśmiał się Ślizgon.
 – Chciałbyś – odparła z uśmiechem Weasleyówna.
*
Zrobił coś, co Slytherin mu jeszcze długo wypominał. Zawrócił się. Pobiegł, po Gryfonkę.
– Lucas, co ty…?
– Siedź cicho. Spróbuj jakoś wejść mi na plecy.
*
– Masz łaskotki? – Lucas wygiął usta w szatańskim uśmieszku.
– Nawet się nie waż!
Krzyki sprzeciwu zostały jednak zagłuszone przez głośną muzykę, toteż nikt nie mógł jej pomóc. Była właśnie torturowana. Poprzez gilgotki. I nie miała szans ucieczki. Lucas klęczał nad nią.
– No dobra, dobra. Poddaję się. Nie jesteś staruszkiem. Pasuje? – Rudowłosa wytknęła język.
– Nie. To za mało,
– A czego jeszcze chcesz?
Chłopak nic nie odpowiedział, tylko z uśmiechem złożył na jej ustach pocałunek. Początkowo Rose była bardzo zdezorientowana, ale to szybko minęło. Nie zastanawiając się dłużej, objęła chłopaka i przyciągnęła do siebie, odwzajemniając pocałunek.
*
– Czyli to koniec? Po ponad roku i tylu wspólnych chwilach?
Rose spuściła wzrok. Słowo „tak” nie chciało przejść przez jej gardło.
– Nie! Nie rób tego. Nie będziesz z nim szczęśliwa. Nawet, jeśli go kochasz, to on i tak będzie cię dalej ranił. Ja mogę ci dać, wszystko, czego sobie tylko zapragniesz. Mówisz, że jestem ideałem. To, dlaczego chcesz związać się z zaprzeczeniem tego ideału?!
– Wybacz mi, Lucas. To jest koniec. On ma coś, czego ty nie masz. A ja wierzę w niego, wierzę, że się zmieni. Chcę zaryzykować…

Lucas otrząsnął się z amoku. Ta wiadomość zdecydowanie przyćmiła szczęście dzisiejszego dnia. Ale nie mógł tak wrócić do żony. Była kobietą zazdrosną i lubiącą być w centrum uwagi. Na pewno przyczyniła się w jakimś stopniu do zaniedbania kontaktów ze znajomymi z Hogwartu. Co najlepsze, nie przeszkadzało to brunetowi. Był z nią bardzo szczęśliwy i się z nią nie kłócił. W dużej mierze, dlatego że nie był typem „samca-alfa”. Może dlatego nie udało mu się z Rose, a udało się mu się z obecną partnerką – Claire.
- Ja…nie wiem, co powiedzieć. Napiszę do Scorpiusa i złożę mu najszczersze wyrazy kondolencji.
- Wiesz, może poczekaj trochę. Ja też poczekam z wiadomością o ciąży Melodii. Ostatnio przechodzi trudne chwile, ma kłopoty z Rosco. Dziadek Samo Zło wkroczył do akcji i zrobił młodemu pranie mózgu, z tego, co mi ostatnio opowiadał. Zapisz mi swój adres, to pozostaniemy w kontakcie i razem go odwiedzimy, kiedy będzie z nim już trochę lepiej. Co ty na to?
- Dobrze. Tu masz mój adres. Teraz wrócę już do Claire. Tymczasem, życzę szczęśliwego rozwiązania! Trzymaj się! – Lucas podał mu karteczkę z adresem, po czym ruszył z powrotem do sali, w której znajdowała się jego żona.
- Ty także! Pociechy z dzieci! Obyś miał więcej szczęścia niż Scorpius… - Ostatnie słowa wydobyły się z ust Ackermana smutnym głosem i zostały zwieńczone zawiedzionym westchnięciem.
***
Tymczasem w hrabstwie Devon, w Norze, Hermionę i Ronalda spotkała miła niespodzianka. Hugon oraz jego żona postanowili ich odwiedzić. Teraz to właśnie rodzice młodego pokolenia zamieszkiwali Norę. Na dobrą sprawę, nie można już tak było nazwać tego domu, ponieważ na jego miejscu stanął następca. Kilka lat temu, po śmieci świętej pamięci Artura i Molly, postanowiono o budowie nowego domu. Takiego, w którym można spędzić resztę swojej emerytury oraz przyjmować dzieci wraz z wnukami.
Był to dom o dużej powierzchni, ale posiadał tylko jedno piętro i jedno miejsce w zabudowanym garażu. Materiałem budowlanym była jasnego koloru cegła, siwe dachówki, zielone okiennice i białe wykończenia elementów takich jak ganek, drzwi od garażu oraz ramy okien. Na parterze znajdował się salon, kuchnia, mniejsza łazienka, jadalnia oraz główna sypialnia. Na górze natomiast znajdowała się większa łazienka, oraz cztery sypialnie dla ewentualnych gości w postaci licznej rodziny.
Wracając do odwiedzin, państwo Wesley wersja 2.0 zjawiła się bez swojego syna – Travisa.
- A gdzie zgubiliście mojego przystojniaczka? – zapytała Hermiona, poszukując wzrokiem swojego wnuka.
- Travis pojechał do moich rodziców. Nie martw się mamo, jeszcze go tu ściągniemy w te wakacje. – odparła Katerina.
Chwilę później do salonu wszedł Ronald wraz z tacą, na której znajdowała się kawa i herbata. Ostatnimi czasy Hermiona czuła się gorzej, zauważyła drgawki w prawej ręce, zwalała to wszystko na początki starości. Mąż widząc, co się dzieje, postanowił ją trochę odciążyć, przejąć cięższe obowiązki. On czuł się nadzwyczaj dobrze jak na swoje lata. Skończył w marcu sześćdziesiąt cztery lata, a ukochana była zaledwie rok starsza. Dlaczego więc, on czuł się jakby miał dwadzieścia lat? Dlaczego Hermiona czuła się jakby miała osiemdziesiąt lat? Hugon twierdził, że śmierć Rose odcisnęła na niej swoje piętno. Przeżyła to o wiele bardziej niż Ronald, choć i on długo nie mógł się otrząsnąć. Zresztą, zawsze należała do osób delikatnych, przewrażliwionych, przejmujących się każdą najmniejszą drobnostką.
- Jak sobie chłopaki radą w szkole tak w ogóle? – Zagadnął Ron, podając synowi i synowej kawę. Sobie zaś i żonie przygotował zieloną herbatę.
-Dobrze. Z tego, co nam wiadomo, to mają całkiem niezłe oceny. Travis świetnie sprawdza się w roli prefekta. Nie ma, na co narzekać, jednym słowem – odparł z uśmiechem Hugo.
- Prawie...
- Kat, cicho! – Weasley uciszył żonę, która szeptem wypowiedziała jedno słowo, które mogło przyczynić się do złego rozwoju wydarzeń, podczas tych odwiedzin.
- Hugo, nie odzywaj się tak do Kateriny! Kochana, powiedz mi, co się dzieje. O co chodzi?
- Mamo…
- Synu, nie przerywaj! – Tym razem był to uniesiony głos Ronalda.
- Chodzi o Scorpiusa i Rosco. Od świąt nie jest między nimi za dobrze. Ponoć poszło o Lucjusza. Zaczął robić Rosco pranie mózgu, radzi mu by zachowywać się jak on sam, ogólnie nim manipuluje. Scorpius powiedział, że nie chce go widzieć w domu. Młody mieszka chyba teraz u Neve. Nie zanosi się na to, by szybko się pogodzili. Rosco jest zapatrzony w Lucjusza jak w autorytet i ciągle kłóci się z ojcem. Scorpius nie przeżywa tego ponoć za dobrze… - Dłoń Hermiony, która spoczywała na dłoniach synowej, z każdym słowem coraz bardziej się trzęsła. Ron dobrze wiedział, co to oznacza – skok ciśnienia.
Hugon podbiegł do mamy i pomógł jej się wygodnie położyć na kanapie. Niestety pojawił się kolejny objaw, który sprawił, że Ronald upuścił leki na nadciśnienie i czym prędzej zadzwonił po pogotowie.
Były to trudności z oddychaniem i bóle w klatce piersiowej. W tym wieku, mogło to oznaczać w dużej mierze tylko jedno – zawał.
- No i co żeś narobiła?! – Hugo wykrzyczał te słowa swojej żonie, prosto w twarz. A potem spojrzał na nią, jak jeszcze nigdy wcześniej. Jego wzrok mówił, „Jeśli umrze, to będzie twoja wina, a tego ci nie wybaczę!”…


wtorek, 9 kwietnia 2013

8. Za cenę życia.

No i jest nowy rozdział. Zupełnie go nie czuję, w mojej głowie wyglądał lepiej. Poprawiałam go milion razy i już nic lepszego nie wyjdzie. Mam nadzieję, że kolejny wyjdzie mi lepiej. I szybciej!
_________________

I tak oto nadszedł czerwiec i koniec piątej klasy dla naszego kochanego blondyna i jego rówieśników. Każdy miał jakieś plany na wakacje. Nasz Rosco nawet bardzo konkretne. Chciał pojechać do wujka Hugona i dowiedzieć się, jaka była jego matka za młodu, poznać historię jej i ojca. Co takiego stało się w przeszłości, że zarówno ojciec jak i dziadek mają złe wspomnienia z Lucjuszem? Dlaczego CM jest tematem tabu w jego rodzinie, skoro Voldemorta już nie ma? Miał wiele pytań do swojego wuja i oczekiwał wielu odpowiedzi.
- Stary, ale odezwij się czasem do mnie. Travis będzie cię miał przez jakiś czas u siebie, a ja to co?! – Hannibal zrobił minę zbitego psa w stronę Malfoya, po czym wybuchnął gromkim śmiechem.
- Nie martw się, na pewno się odezwę. Będzie mi się tęskniło za twoimi wygłupami, ale to nie moja wina, że lecisz z rodziną do Aspen, podrywać Amerykanki. Już widzę jak polecą na Anglika, wyglądającego jak Koreańczyk. – Zaśmiał się Rosco, opierając o kuzyna.
- Prześlij nam ładną pocztówkę, nie pogardzimy także namiarami na jakieś ładne Amerykanki. – Dodał Travis z rozbrajającym uśmiechem na ustach.
- No ba! Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!
***
Travis i Rosco siedzieli na wielkiej kanapie w posiadłości Hugona, popijając owocowy koktajl autorstwa pani Weasley.
- Przyzwyczaiłem się do trójki muszkieterów, a nie tylko duetu, podczas opowiadania wam historii. – Zaśmiał się rudzielec.
- My też się dziwnie czujemy, ale nasz muszkieter-lovelas, postanowił podbić Stany Zjednoczone.
- Przejdźmy do meritum. Rosco, chcesz żebym opowiedział ci o twojej matce?
- Tak, chce wiedzieć o niej najwięcej jak się da. Chcę także wiedzieć, dlaczego dziadek Lucjusz i CM to temat tabu.
- W takim razie musimy wrócić do samego początku…
Kiedy Voldemort wrócił do sił i chciał się pozbyć wuja Harry' ego, Lucjusz był jednym z jego najwierniejszych popleczników. Do służby jemu została wciągnięta cała rodzina, włącznie z twoim dziadkiem Draco. Od małego wychowywany był w środowisku Śmierciożerców i przygotowywany do tego, żeby kiedyś zasilić ich szeregi. Został wychowany w dyktaturze, strachu i nienawiści. Ale zawsze miał w sobie odrobinę dobra, a gdy został uratowany przez Harry’ego wszystko było już jasne. Voldemorta już nie było i nie chciał, aby jego syn skończył tak, jak on mógł skończyć. Nigdy tak naprawdę nie chciał zostać Śmierciożercą. Zmienił się. A najlepiej dowodzi tego fakt, że przystał na związek twoich rodziców…
- No właśnie, jak to się stało, że oni w ogóle się ze sobą zeszli?
Poznali się już w pierwszej klasie, ale tak naprawdę historia zaczęła się w piątej klasie. Na początku wszystko było pogmatwane, skomplikowane, my byliśmy temu przeciwni. Oboje nie chcieli się przyznać, że coś do siebie mają . Ale los cały czas ich do siebie zbliżał. Twoja matka wiele razy przez niego cierpiała, z racji, że czasami zachowywał się jak Lucjusz, lub Dracon za młodu. Był opryskliwy, arogancki i zdemoralizowany. A twoja mama…była niesamowita. Uparta, konsekwentna, pilna w nauce, troskliwa, pomocna, wrażliwa. Byli jak woda i ogień, ziemia i niebo. Jednakże mimo tych wszystkich przeszkód połączyła ich miłość. Ta miłość doprowadziła także, do rozejmu między twoimi dziadkami z obydwu stron. A Lucjusz, Czarna Magia i wszystko, co mogło zniszczyć szczęście Dracona, twoich rodziców i twoje stało się tematem tabu.
Potem doszło do tej nieszczęsnej tragedii i twój ojciec musiał poradzić sobie z samotnym rodzicielstwem. Wychował cię na naprawdę świetnego chłopaka, biorąc pod uwagę, że robił za matkę i ojca jednocześnie. Nauczył ciebie wszystkiego, co mógł i uchronił, przed czym tylko dał radę. A przynajmniej tak myślał…
- Ty wiesz. Wiesz o historii ze świąt i moich urodzin, tak?
- Tak. I tak jak twój ojciec, nie jestem z tego faktu zadowolony. Tym bardziej, że do najbliższych ci osób należy także mój syn. Nie chciałbym, żeby i on zszedł na ciemną stronę. Musisz się z tego otrząsnąć, Rosco. Musisz powiedzieć stanowcze NIE Lucjuszowi. Inaczej śmierć twojej matki oraz cierpienia ojca i całej naszej rodziny pójdą na marne. Jaki będzie sens wszystkich tych poświęceń, skoro podążysz ścieżką, przed którą cię chronili – nawet za cenę życia…
***
Scorpius już od świąt nie był w za dobrym stanie psychicznym. Wpadł w coś na podobieństwo depresji i przez to stał się mniej wydajnym pracownikiem. Teraz został wezwany do gabinety dyrektora, w szkole, której wykładał. Domyślał się, co go czeka. Ale to już przestało go martwić. Ogarnął go wielki smutek. Czuł, że zawiódł swoją ukochaną, nie uchronił syna przed złem. W porównaniu z tym, utrata pracy to było nic.
-Witaj Scorpiusie. Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać.. – zaczął dyrektor, ale Malfoy mu przerwał.
- Po prostu to powiedz. Szybko i bezboleśnie. Będę miał więcej czasu na spakowanie swoich rzeczy z gabinetu…
- Ależ, co ty wygadujesz?! – Dyrektor Pilsner podszedł do swojego pracownika i położył mu rękę na ramieniu. – Chciałem zapytać, co się dzieje, że jesteś w takim stanie i zaproponować ci urlop. Ale broń Boże zwolnić!
Scorpius spojrzał na dyrektora i zarazem swojego dobrego kolegę, po czym opadł na jedno z krzeseł w gabinecie i ukrył twarz w rękach.
- Ja już nie daję rady…Rosco i ja oddaliliśmy się od siebie, jak nigdy wcześniej. Nie rozmawiamy ze sobą od pół roku. Wszystkiego dowiaduje się od chłopców i Neve. Do tego jeszcze fascynacja Lucjuszem i CM. Czuję się jakbym zawiódł Rose. Obiecałem jej, że wyrośnie na dobrego chłopca…
- Bracie, nawet nie próbuj się za to obwiniać. Przecież wiesz, że nie da się obronić swojego dziecka przed każdą złą rzeczą na świecie. Jesteśmy tylko ludźmi i takie zadania są dla nas niewykonalne. Rose na pewno wie, że robiłeś wszystko, co w twojej mocy by go uchronić przed złem. Naprawdę, nie zadręczaj się. Daję ci urlop na czas nieokreślony. Wróć do domu i odpocznij, ja znajdę zastępstwo na ten czas. Kiedy już wrócisz do formy, twój gabinet będzie na ciebie czekać. Zostaw tylko wskazówki odnośnie zajęć i możesz się zbierać do domu. Będę co jakiś czas się odzywał, sprawdzał u ciebie, dobrze?
- Dobrze. Bardzo ci dziękuję za tą wyrozumiałość. Świetny z ciebie przyjaciel i pracodawca. Postaram się jak najszybciej wrócić do formy. Rosco jedzie do Charliego, więc ja zatrzymam się u Neve. Ona zawsze potrafiła mnie wyciągnąć z dołka…
***
Niestety, rzeczywistość nie była taka różowa. Neve nadal nie wiedziała, czy bratanek wyprowadzi się od niej do Lucjusza. Póki co, pojechał na bliżej nieokreślony czas do Charliego – wuja jego matki. Tak więc jego rzeczy nadal znajdowały się w jej mieszkaniu, co wcale nie pomagało Scorpiusowi wrócić do świata żywych. Wręcz przeciwnie, w ciągu miesiąca spożywał codziennie niepokojące ilości alkoholu. Neve płakała w rękaw narzeczonego prawie każdej nocy. Nie mogła znieść widoku swojego brata pijanego, płaczącego za żoną, wkurzonego bezsilnością, a przede wszystkim – zdruzgotanego, że własny syn nie zmądrzał i nie odzywa się do niego już tyle czasu.
Troy także coraz bardziej martwił się o szwagra. Wiele razy odbierał go z pubów. Robił to, ponieważ Scorpius często miał urwany film, bądź po prostu nie chciał wracać do domu, gdzie znajdowały się rzeczy jego syna. W tym czasie jedyna córka Dracona Malfoya odchodziła od zmysłów. I po kolejnej z rzędu takiej przygodzie, miarka się przebrała. Razem z narzeczonym postanowili poważnie porozmawiać z – co ważne – trzeźwym Scorpiusem.
- Braciszku, proszę zachowaj otwarty umysł na to, co zaraz ode mnie usłyszysz. Robię to tylko dla twojego dobra.
- Słucham.
- Chciałabym, abyś poszedł na spotkanie AA. Ja wiem, że nie jesteś nałogowym alkoholikiem, ale ostatnio przesadzasz z takimi trunkami. Pijesz, bo jesteś w dołku. Potrzebna ci terapia, żebyś wyszedł z depresji -  a co za tym idzie – przestał pić. Proszę, zgódź się.
Scorpius spojrzał na drugą najważniejszą dla niego w życiu osobę. Po śmierci Rose, skupił całą swoją uwagę na synu i dorastającej siostrze. Widział na jej twarzy równie zatroskane spojrzenie, jakie on sam miał, gdy widział ją cierpiącą za młodu.
Wiedział, że jej zależy. Wiedział, że chce dobrze. Przede wszystkim, wiedział, że ma rację.
- Dobrze, pójdę. Chyba czas się z tego otrząsnąć i pogodzić z tym, że bezpowrotnie straciłem syna… - Blondyn dźwignął się z fotelu, po czym podszedł do siostry i mocno ją objął…
*
Kilka godzin później Scorpius znajdował się pod drzwiami mugolskiej Kliniki Odwykowej. Dla tych lżejszych przypadków, raz w tygodniu – w specjalnie wygospodarowanej sali – odbywały się spotkania AA. Cięższe przypadki przebywały w klinice, jako pacjenci.
Blondynowi na tym pierwszym spotkaniu towarzyszyła siostra. Rodzina była zawsze mile widziana, ale tylko pod warunkiem, że wspiera, a nie wyzywa w kółko od alkoholików. Takie osoby tylko pogarszały sprawę.
Gdy już weszli do pomieszczenia, zajął miejsce na jednym z wolnych krzeseł ułożonych w koło. Neve usiadła z resztą wspierających na ławce pod jedną ze ścian.
- Widzę nowego towarzysza broni. Przywitajmy go. – Prowadzącym spotkanie okazał się czarnoskóry mężczyzna około pięćdziesiątki. Tuż po jego słowach zabrzmiało wspólne „witaj”.
- Przedstaw się i powiedz coś krótko o sobie.
Scorpius, będąc niemało zestresowanym, wyprostował się i zaczął strzelać kostkami u dłoni.  Wiedział jak „spowiadać się” nieznajomym ludziom na spotkaniach AA. Jego dobry kolega i współpracownik kiedyś na takie uczęszczał. Ale nie umniejszało to ani trochę stresowi.
- Cześć. Mam na imię Scorpius. Wykładam w szkole mag…medycznej. Piję…od miesiąca, może więcej? Nie wiem, nie liczę. Liczę dni od śmierci żony, która odeszła zdecydowanie za wcześnie. Liczę dni pozostałe do ślubu mojej ukochanej siostry. Liczę dni, od kiedy mój syn wybrał dziadka-przestępce, zamiast ojca, który oddałby za niego życie…