środa, 14 września 2011

4. Tego nauczyła go matka



Październik okazał się bardzo deszczowym miesiącem. Mało kto wychodził do Hogsmeade, ponieważ co drugi dzień, można się było natknąć na burzę. Irytowało to niejednego ucznia Hogwartu i niejednego nauczyciela. Dlatego też, dyrektor McGonagall, po rozmowie z gronem pedagogicznym, zafundowała uczniom niemałą niespodziankę. Drużyny Quidditcha oraz po pięć osób od piątego rocznika wzwyż, miały wybrać się w podróż….na Teneryfę.
Tam miały odbyć się Światowe Mistrzostwa Quidditcha Szkół Magii. Hogwart był jedną z nielicznych szkół zakwalifikowanych do wyjazdu na Teneryfy. Jeszcze w poprzednim roku, jury przyglądało się dwudziestu szkołom, a uczniowie nawet o tym nie wiedzieli. W efekcie, do rozgrywek na wyspie, dostały się cztery drużyny. Były to najważniejsze zawody, jeśli chodziło o szkoły, a więc dostała się tylko ścisła czołówka. Miało być tylko sześć meczów. Drużyny z największą ilością punktów, grają w finale.
Drugiego dnia – przywitalne przyjęcie. Kolejne dwa dni – mecze. Piąty dzień – finał i pożegnalna impreza. Szósty dzień – wyjazd. Tak przedstawiał się plan.
Hogwart miał się tam dostać poprzez podróż powozami, prowadzonymi przez Testrale. Garstka uczniów mogła podziwiać te stworzenia, które na swój sposób były zachwycające i intrygujące. Posiadały wielką siłę, mimo swojego cherlawego wyglądu. O ile dopasowano odpowiednią ilość Testrali do powozów, podróż miała zlecieć bardzo szybko. McGonagall zadbała o komfort i bezpieczeństwo swoich uczniów. Voldemorta już nie było, ale Czarna Magia i walka między szkołami – tak. Dlatego też, grupę z Hogwartu eskortowali wnukowie Charliego, którzy – jak to przystało – przejęli rodzinny interes. Wkoło powozów ustawionych w odpowiedni szyk, leciało pięć Chińskich Ogniomiotów. Uczniowie o słabych nerwach po prostu szli spać. Wielkie smoki i Testrale to za dużo wrażeń, jak na jedną podróż.
Reprezentacja Hogwartu dotarła na miejsce bardzo późnym wieczorem. Byli zmęczeni i głodni, zresztą jak pozostali goście. Dlatego też, organizatorzy Mistrzostw postarali się o krótką przemową podczas kolacji.
– Witam wszystkich zebranych tu gości. Nazywam się Wiktor Krum i jestem szefem Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Wraz z moim sztabem będę sprawował pieczę nad tymi mistrzostwami. Od mojej lewej przedstawiam szkoły: Hogwart, Madison, Ouran i Hartum. Jutro przekażemy waszym dyrektorom dokładniejsze informacje, bo teraz i tak nic nie zrozumiecie. Idźcie się porządnie wyspać. Od jutra możecie trenować na boisku, a wieczorem zapraszam na powitalne przyjęcie. Teraz życzę wam przespanej nocy. – Krum w podeszłym już wieku zszedł z podestu i ruszył za dyrektorami, którzy poszli popijać wino na tarasie widokowym, śmiejąc się ze słabych organizmów swoich uczniów.
Wszyscy uczniowie Hogwartu zasnęli jak dzieci w przygotowanych pokojach hotelowych. To był długi i męczący dzień…
***
Drugiego dnia – jak zakładał plan – odbyło się przyjęcie powitalne. Hogwart poznał swoich przyszłych przeciwników. Były to trzy szkoły: Madison z Hiszpanii, Hartum z Turcji i Ouran z Japonii. Według planu meczy na najbliższe dni, pierwszy mieli odbyć z reprezentacją Hiszpanii.
Przyjęcie nie należało do specjalnie spektakularnych i nie wyglądało na balangę czy chociażby potańcówkę. Wszystko odbyło się bardzo oficjalnie. O umiejętnościach przeciwników, Hogwart miał się przekonać dopiero na boisku. Na przyjęciu mieli okazję poznać jedynie składy drużyn.
Rano udostępniono im boisko na dwie godzin treningu, toteż dali z siebie tyle ile mogli. Wieczorem, na przyjęciu nie wyglądali wcale najlepiej, Musieli się wyspać, bo następnego dnia, to właśni oni rozgrywali pierwszy mecz. Na szczęście jedyny w trzecim dniu pobytu.
***
Dwa dni minęły i wiadomo już było, kto zagra w finale. Wyniki kolejnych meczów przedstawiały się tak:
– Hogwart vs Madison – wygrana Hogwartu
– Madison vs Hartum – wygrana Madison
– Hartum vs Ouran – wygrana Ouran
– Hogwart vs Hartum – wygrana Hogwartu
– Madison vs Ouran – wygrana Ouran
Wszystko stało się jasne. W finale mieli zagrać Hogwart i Ouran. Piątego dnia przyjazdu, na boisku pojawiły się dwie reprezentacje. Na twarzy każdego z zawodników było widać wielkie skupienie. Konkurencja dla Hogwartu była spora. Obrońca i pałkarze mierzyli chyba z dwa metry, co aż dziwi znając wzrost mieszkańców Japonii. Do tego byli solidnie umięśnieni, co dawało obrońcy przewagę, ponieważ swoim ciałem potrafił zakryć całą obręcz.
Nadzieja tkwiła w Rosco – szukającym. Liczyła się szybkość i zwinność. Liczono również na wsparcie Hannibala i Travisa – pałkarzy. Mieli nadzwyczajnego cela i potrafili grzmotnąć tłuczkiem -tak, aby połamać komuś kości.
Jak podejrzewano, Ouran zdobywał punkty w zastraszającym tempie. Hannibal i Travis nie mieli jednak okazji w nikogo trafić tłuczkiem. Musieli bronić Rosco i Mandy – najlepszą ścigająca w Hogwarcie przed atakami pałkarzy z przeciwnej drużyny.
Młody Malfoy nie mógł się skupić na zniczu. Mimo pomocy przyjaciół, musiał wiele razy zwolnić bądź zrobić unik, aby nie oberwać tłuczkiem. Co za tym idzie, musiał od nowa szukać i gonić znicza. Szukająca szkoły Ouran była tak niska i drobna, że prześlizgiwała się przez każdą szczelinę, co nie raz gwarantowało krótszą drogę do znicza. Tu wzrost Ślizgona był przekleństwem.
Ouran miał znaczną przewagę. 140:30. Rosco musiał złapać znicza jak najszybciej. Jeszcze pięć celnych rzutów przeciwników, a nawet znicz nie pomoże w wygranej. Blondyn starał się jak mógł, nie chciał zawieść swojej szkoły.
Niestety, nawet to nie pomogło. Yumi Hamasaki z Ourana złapała znicz. Hogwart przegrał, ustępując pierwszego miejsca szkole z Japonii. Może nie tyle było to zaskoczeniem, co strasznym rozczarowaniem. Gdy drużyna Hogwartu schodziła z boiska, na trybunach ów szkoły zapadła martwa cisza. Wszyscy patrzyli smutnym wzrokiem na swoich przyjaciół, którzy właśnie opuszczali boisko i kierowali się do szatni.
Następne kilka godzin było istnym koszmarem. Uczniowie Hogwartu siedzieli w pokojach hotelowych z ponurymi nastrojami. Obiad nieznacznie poprawił im humor – przynajmniej jedzenie było dobre.
I nagle przyszło zbawienie. A dokładniej w okolicach godziny szesnastej. Nieliczna, przebywająca na Teneryfie garstka Ślizgonów robiła imprezę na plaży. Obecność na pożegnalnej imprezie była mile widziana, ale nieobowiązkowa, toteż – siedemdziesiąt pięć procent uczniów Hogwartu wybrało się na imprezę na plaży. W tym dniu Ślizgoni zapomnieli o podziałach i zaprosili wszystkich. Nawet Gryfonów.
Okole godziny osiemnastej, na plaży paliło się już ognisko, parę osób kąpało się w ciepłych wodach wyspy, inni słuchali dźwięków gitary.
Na ognisku pojawiła się, o dziwo, także Zeppelin. Z zaintrygowaniem wpatrywała się gitarzystę, a może dokładniej, jego grę na gitarze. Zawsze chciała nauczyć się grać na gitarze, ale nie została do tego stworzona.
Impreza rozkręcała się na całego, ludzi przybywało, zwłaszcza miejscowych. Starsi uczniowie zapewnili sobie alkohol, niestety stracili kontrolę nad tym, kto pił ten alkohol. Było tak dużo ludzi, że przyszli absolwenci nie byli w stanie zauważyć, jak piąty rocznik podkrada im piwa. W tym chaosie, Zeppelin uciekła nad brzeg morza, by nim spokojnie pospacerować. Ale i tam nie było jej to dane. Wypatrywała muszelek, gdy nagle ktoś na nią wpadł i to z niemałą siłą. Jednakże Puchonce udało się utrzymać równowagę i spojrzeć na winnego tej stłuczki. Okazał się nim Rosco.
– Mógłbyś trochę uważać, wiesz?
Waldorf przyglądnęła się blondynowi. Był rozczochrany, pijany, a w ręku trzymał…papieros!
– Ty palisz?
– A co, chcesz? Ewentualnie, Hannibal ma blancika, jeśli chcesz. – Rosco wyciągnął papierosa w kierunki Zeppelin.
Ta jednak spojrzała na niego ze strachem w oczach i uciekła w popłochu. Tylko tego jej brakowało. Marihuany, alkoholu i niewiadomo, czego jeszcze. Ślizgon wzruszył ramionami i wrócił do Hannibala oraz ich nowych koleżanek…
***
– Jak ja mam podróżować w takim stanie?! – Hannibala męczył kac, jakich mało. Nie potrafił nawet dobrze rzucić zaklęcia, które spakowałoby jego walizki. W końcu zrezygnował i opadł na łóżko.
Z młodym Malfoyem było niejako lepiej. Nie miał kaca, nie wymiotował, ale nie pamiętał nic z poprzedniego wieczoru. Ostatnie jego wspomnienie ograniczało się do rozpalania ogniska.
Tym bardziej chciał odzyskać pamięć, gdy do samego wyjazdu, widział spojrzenie Zeppelin na sobie. Nie umiał określić, co ono wyrażało. Coś w stylu odrazy bądź rozczarowania? Męczyło go to, dlatego postanowił z Travisem do niej podejść.
– Hej…czemu ty się tak na mnie gapisz cały czas? Czy ja ci coś wczoraj zrobiłem?
Puchonka tylko spuściła wzrok i wskoczyła szybko do pobliskiego powozu. A blondyn stał i się zastanawiał, co takiego wczoraj zrobił. Dobrze, ostatnimi czasy zaczął szaleć, wpływ Lucjusza dał o sobie znać, ale nigdy nie skrzywdziłby dziewczyny. Tego nauczyła go matka i tego nie mógł wymazać nawet Lucjusz…
 _________________________________________________
 Trochę mi to zajęło, ale w końcu zamieściłam nowy rozdział. Ostrzegam jednak, że nie wiem, kiedy wstawię następny. Nie mam żadnego w zapasie, więc pojawi się dopiero jak go napiszę.