Czerwiec, słoneczny poranek, temperatura, w której
nie zamieniamy się w pieczonego kurczaka i Budapeszt. Dom jednorodzinny
ulokowany niedaleko Dunaju, z widokiem
na Wyspę Małgorzaty. Tutaj osiedlił się i założył rodzinę Ackerman Diane –
najlepszy przyjaciel Scorpiusa Malfoya oraz ojciec chrzestny Rosco.
Był to dwupiętrowy dom w kolorach bieli i
pastelowego błękitu. Bielą pokryte były okiennice, płoty oraz wszelkie
drewniane zdobienia, znajdujące się czy to przy dachu, czy przy ganku. Posiadał także wiele okien, dzięki czemu
podczas słonecznych dni, do każdego pokoju wpadało słońce – swoją drogą dawało
to niesamowity efekt.
Uroczy domek jednorodzinny w stylu wiktoriańskim
zamieszkiwał razem ze swoją żoną Melodią – 32 letnią Węgierką. Opisać ją można było,
jako drobną, niską ciemnowłosą dziewczynę o rażąco niebieskich oczach.
Wszystkich uderzała jej porcelanowa cera oraz delikatne i młodzieńcze rysy
twarzy.
Byli małżeństwem od pięciu lat i od takiego okresu
starali się o dziecko. Niestety z marnym skutkiem. Takiej wielkości dom został
zakupiony właśnie z myślą o dużej rodzinie. Mieli już nawet przygotowany pokój
dziecięcy w neutralnym – kremowym – kolorze. Zarówno Diane jak i jego urocza
żona stracili nadzieję, kiedy to Melodia zauważyła u siebie nudności.
- Ack, to już się ciągnie czwarty dzień. Albo mam
grypę żołądkową albo…
- Migiem mi do świstoklika, ja w tym czasie zamknę
dom!
Kilka minut później, młodzi małżonkowie znajdowali
się już w Szpitalu św. Munga, gdzie pracował ginekolog Melodii. Zajmował się
również leczeniem niepłodności – te umiejętności, leki i tym podobne rzeczy
wyniósł z kilkuletniego pobytu w USA wśród mugoli. Już prawie pięć lat zajmował
się przypadkiem Melodii i krajało mu się serce, gdy raz po raz, po każdym In
vitro test wskazywał „negatywny”. Dlatego zdziwił się, gdy ujrzał państwa Diane
w swoim gabinecie, po ponad półrocznej przerwie od ostatniego nieudanego In
vitro. Co za tym poszło – na tamten czas – ostatniej wizyty.
- Melodia, Ackerman, wchodźcie proszę! Siadajcie –
powiedział zaskoczony dr. House, widząc ich w drzwiach swojego gabinetu.
- Witaj, Gregory. Jak rodzina? – zapytał Ackerman
siadając z żoną na krzesłach.
- Dobrze, dobrze. Ale nie rozmawiajmy o mnie. Mówcie,
co was sprowadza! Czyżby…
- Albo to grypa źołądkowa, albo tak, to jest to,
co myślisz. Dlatego proszę zrób mi USG. Straciliśmy jakiś czas temu nadzieję,
więc ta iskierka to w tym momencie dla mnie wszystko – stwierdziła Melodia
wstając z krzesła i kierując się w stronę kozetki.
Dr. House uśmiechnął się tylko z nadzieją, że jego
pacjentce nareszcie udało się zajść w ciążę i czym prędzej przystąpił do
badania USG. Zarówno Acker jak i jego żona z wyczekiwaniem wpatrywali się w
ekran, wodząc wzrokiem w poszukiwaniu „fasolki”…
- Tak, to zdecydowanie ciąża! Co więcej,
wnioskuje, że to ósmy tydzień i….ciąża bliźniacza!
- Greg, wiesz, że to nie jest temat do żartów… -
zaczął Diane.
- Nie wierzycie mi, to posłuchajcie dwóch bijących
serduszek – odparł doktor, po czym włączył głośniki. Po chwili dało się
usłyszeć szybkie uderzenia serca – do tego podwójne. Nie dość, że w końcu się
udało, to los sprawił im prezent w postaci bliźniaków!
- Ale jak to możliwe? Przestałam brać hormony i
wszelkie inne leki, a ostatnie In vitro było robione pół roku temu… - Melodia
zamiast cieszyć się z ciąży i z bliźniaków, zaczęła zastanawiać się, jakim
cudem się to udało.
- Najwyraźniej, ktoś na górze wysłuchał waszych
modlitw. Nigdy u żadnego z was nie stwierdziłem bezpłodności, po prostu
braliście leki, żeby trochę rozruszać hormony, bo trochę leniwe były. – Zaśmiał
się doktor.
- Czyli to było naturalne poczęcie! Boże,
nareszcie się udało! – Ackerman podniósł się z krzesła, po czym wziął żonę na
ręce i zaczął się obracać wokół własnej osi. Całkowicie zapomniał, że żona nie
skończyła badania, więc na brzuchu znajdowało się jeszcze trochę żelu do
badania USG.
- Aj, szaloni! Melodio, z racji, że są to
bliźniaki i zajście w ciąże trwało tak długo będziesz mnie odwiedzać, co dwa
tygodnie, dobrze?
- Mel, skarbie. Zostań tu i wypytaj się o wszystko,
co ważne, ja w tym czasie wyjdę i zadzwonię powiadomić naszych rodziców,
dobrze?
- Ok – odparła Melodia do męża, wycierając żel ze
swojego brzucha.
Chwilę później Diane znajdował się już na
korytarzu oddziału ginekologicznego. Podszedł do automatu z napojami i czekając
na kawę, wyciągnął telefon. Już miał nacisnąć zieloną słuchawkę, kiedy usłyszał
znajomy głos za plecami:
- Ackerman? – Ów osobnik obrócił się i
zobaczył…Lucasa Pardo!
- Lucas, witaj! Wieki się nie widzieliśmy.
Ostatnio chyba… - Nie zdążył dokończyć, ponieważ brunet uściskał go przyjaźnie.
- Co ty tu robisz tak, w ogóle? – Zagadnął.
- Ja i moja żona Melodia, w końcu po pięciu latach
starań, spodziewamy się dziecka! W sumie, to nawet dwójki. Nawet nie wiesz jak
się cieszę – odparł Diane z wielkim uśmiechem na ustach.
- No to najszczersze gratulacje! Ja właśnie parę
godzin temu po raz trzeci zostałem ojcem. Trzeci chłopiec, wyobrażasz to sobie?!
Cała energia życiowa mi na nich schodzi. A powiedz mi tak w ogóle, co słychać u
reszty? Ostatnio widzieliśmy się w szkolnym składzie, na ślubie Rose i
Scorpiusa.
- Nie doszły do ciebie żadne wieści?
- Jakie?
- Oj, stary. Lepiej usiądźmy.
Lucas przejął się nie na żarty, ale posłusznie
wykonał polecenie. Nie wiedział, czego może się spodziewać. Po ślubie
przyjaciół wyjechał do Australii i tam poznał wybrankę swojego serca.
Jakoś tak wyszło, że tak pochłonięty był życiem w
Australii, że urwał mu się kontakt ze znajomymi. Nawet z jego wujem Blaisem, a
co za tym idzie – dziadkiem Hannibala. Do Anglii wrócił dopiero dziewięć lat
temu. Kilka miesięcy po swoich trzydziestych urodzinach dostał najwspanialszy
prezent od żony – pierwszego syna.
-Albus i Lily siedzą w Szkocji z
rodzinami. Ja siedzę w Budapeszcie, a Hugo, James i Scorpius w Anglii. Nasz stary
rudzielec dołączył do mnie w Budapeszcie i tam poznał swoją żonę. Potem razem z
nią wrócił do Anglii. Rose i Scorpius doczekali się syna i jednocześnie mojego
chrześniaka – Rosco. Tu masz jego zdjęcie. – Diane wyjął swój portfel i pokazał
zdjęcie blondyna.
- Ah, ma oczy po Rose. Reszta to wykapany tatuś.
Coś czuję, że niezłe z niego bożyszcze i Rose poznała już niejedną synową. –
Zaśmiał się mulat.
Ackerman położył rękę na ramieniu przyjaciela, po
czym obwieścił mu pewną nowinę.
- Lucas…jak ci to powiedzieć. Rose nieżyje. Miała
wypadek na trzecich urodzinach Rosco. Potrącił ją samochód. Scorpius został sam
z Rosco…
Ale Pardo już nie słuchał. W głowie szumiały mu
słowa „Rose nie żyje”. Był jak w amoku,
przed oczami pojawiły się wspomnienia związane z jego dawną miłością. Pierwsze
spotkanie, pierwszy pocałunek, rozstanie…
Pierwszy
przy punkcie kontrolnym pojawił się Lucas. Wziął od centaurów chorągiewkę,
usiadł na pobliskim pniu i zaczął pić wodę. Chwilę potem pojawiła się Rose.
Również odebrała chorągiew i usiadła koło Ślizgona z butelką wody i dwoma
jabłkami.
– Chcesz?
– zapytała, podając mu jedno jabłko.
– Dzięki –
odparł z uśmiechem szatyn, spoglądając na Rudą. Tak jak on miała brązowe oczy.
Ale jej spojrzenie było o wiele cieplejsze. Różnił ich jednak jeszcze kolor
skóry. Lucas był mulatem.
– Szybki
jesteś. – Pochwaliła go Gryfonka.
– Ma się to
coś. No, ale muszę przyznać, że ty też. Sądziłem, że będziesz ostatnia. –
Zaśmiał się Ślizgon.
–
Chciałbyś – odparła z uśmiechem Weasleyówna.
*
Zrobił coś,
co Slytherin mu jeszcze długo wypominał. Zawrócił się. Pobiegł, po Gryfonkę.
– Lucas, co
ty…?
– Siedź
cicho. Spróbuj jakoś wejść mi na plecy.
*
– Masz
łaskotki? – Lucas wygiął usta w szatańskim uśmieszku.
– Nawet się
nie waż!
Krzyki
sprzeciwu zostały jednak zagłuszone przez głośną muzykę, toteż nikt nie mógł
jej pomóc. Była właśnie torturowana. Poprzez gilgotki. I nie miała szans
ucieczki. Lucas klęczał nad nią.
– No dobra,
dobra. Poddaję się. Nie jesteś staruszkiem. Pasuje? – Rudowłosa wytknęła język.
– Nie. To za
mało,
– A czego
jeszcze chcesz?
Chłopak nic
nie odpowiedział, tylko z uśmiechem złożył na jej ustach pocałunek. Początkowo
Rose była bardzo zdezorientowana, ale to szybko minęło. Nie zastanawiając się
dłużej, objęła chłopaka i przyciągnęła do siebie, odwzajemniając pocałunek.
*
– Czyli to
koniec? Po ponad roku i tylu wspólnych chwilach?
Rose
spuściła wzrok. Słowo „tak” nie chciało przejść przez jej gardło.
– Nie! Nie
rób tego. Nie będziesz z nim szczęśliwa. Nawet, jeśli go kochasz, to on i tak
będzie cię dalej ranił. Ja mogę ci dać, wszystko, czego sobie tylko
zapragniesz. Mówisz, że jestem ideałem. To, dlaczego chcesz związać się z
zaprzeczeniem tego ideału?!
– Wybacz mi,
Lucas. To jest koniec. On ma coś, czego ty nie masz. A ja wierzę w niego,
wierzę, że się zmieni. Chcę zaryzykować…
Lucas otrząsnął się z amoku. Ta wiadomość
zdecydowanie przyćmiła szczęście dzisiejszego dnia. Ale nie mógł tak wrócić do
żony. Była kobietą zazdrosną i lubiącą być w centrum uwagi. Na pewno
przyczyniła się w jakimś stopniu do zaniedbania kontaktów ze znajomymi z
Hogwartu. Co najlepsze, nie przeszkadzało to brunetowi. Był z nią bardzo
szczęśliwy i się z nią nie kłócił. W dużej mierze, dlatego że nie był typem
„samca-alfa”. Może dlatego nie udało mu się z Rose, a udało się mu się z obecną
partnerką – Claire.
- Ja…nie wiem, co powiedzieć. Napiszę do Scorpiusa
i złożę mu najszczersze wyrazy kondolencji.
- Wiesz, może poczekaj trochę. Ja też poczekam z
wiadomością o ciąży Melodii. Ostatnio przechodzi trudne chwile, ma kłopoty z
Rosco. Dziadek Samo Zło wkroczył do akcji i zrobił młodemu pranie mózgu, z tego,
co mi ostatnio opowiadał. Zapisz mi swój adres, to pozostaniemy w kontakcie i
razem go odwiedzimy, kiedy będzie z nim już trochę lepiej. Co ty na to?
- Dobrze. Tu masz mój adres. Teraz wrócę już do
Claire. Tymczasem, życzę szczęśliwego rozwiązania! Trzymaj się! – Lucas podał
mu karteczkę z adresem, po czym ruszył z powrotem do sali, w której znajdowała
się jego żona.
- Ty także! Pociechy z dzieci! Obyś miał więcej
szczęścia niż Scorpius… - Ostatnie słowa wydobyły się z ust Ackermana smutnym
głosem i zostały zwieńczone zawiedzionym westchnięciem.
***
Tymczasem w hrabstwie Devon, w Norze, Hermionę i
Ronalda spotkała miła niespodzianka. Hugon oraz jego żona postanowili ich
odwiedzić. Teraz to właśnie rodzice młodego pokolenia zamieszkiwali Norę. Na
dobrą sprawę, nie można już tak było nazwać tego domu, ponieważ na jego miejscu
stanął następca. Kilka lat temu, po śmieci świętej pamięci Artura i Molly,
postanowiono o budowie nowego domu. Takiego, w którym można spędzić resztę
swojej emerytury oraz przyjmować dzieci wraz z wnukami.
Był to dom o dużej powierzchni, ale posiadał tylko
jedno piętro i jedno miejsce w zabudowanym garażu. Materiałem budowlanym była
jasnego koloru cegła, siwe dachówki, zielone okiennice i białe wykończenia
elementów takich jak ganek, drzwi od garażu oraz ramy okien. Na parterze
znajdował się salon, kuchnia, mniejsza łazienka, jadalnia oraz główna
sypialnia. Na górze natomiast znajdowała się większa łazienka, oraz cztery
sypialnie dla ewentualnych gości w postaci licznej rodziny.
Wracając do odwiedzin, państwo Wesley wersja 2.0
zjawiła się bez swojego syna – Travisa.
- A gdzie zgubiliście mojego przystojniaczka? –
zapytała Hermiona, poszukując wzrokiem swojego wnuka.
- Travis pojechał do moich rodziców. Nie martw się
mamo, jeszcze go tu ściągniemy w te wakacje. – odparła Katerina.
Chwilę później do salonu wszedł Ronald wraz z
tacą, na której znajdowała się kawa i herbata. Ostatnimi czasy Hermiona czuła
się gorzej, zauważyła drgawki w prawej ręce, zwalała to wszystko na początki
starości. Mąż widząc, co się dzieje, postanowił ją trochę odciążyć, przejąć
cięższe obowiązki. On czuł się nadzwyczaj dobrze jak na swoje lata. Skończył w
marcu sześćdziesiąt cztery lata, a ukochana była zaledwie rok starsza. Dlaczego
więc, on czuł się jakby miał dwadzieścia lat? Dlaczego Hermiona czuła się jakby
miała osiemdziesiąt lat? Hugon twierdził, że śmierć Rose odcisnęła na niej
swoje piętno. Przeżyła to o wiele bardziej niż Ronald, choć i on długo nie mógł
się otrząsnąć. Zresztą, zawsze należała do osób delikatnych, przewrażliwionych,
przejmujących się każdą najmniejszą drobnostką.
- Jak sobie chłopaki radą w szkole tak w ogóle? –
Zagadnął Ron, podając synowi i synowej kawę. Sobie zaś i żonie przygotował
zieloną herbatę.
-Dobrze. Z tego, co nam wiadomo, to mają całkiem
niezłe oceny. Travis świetnie sprawdza się w roli prefekta. Nie ma, na co
narzekać, jednym słowem – odparł z uśmiechem Hugo.
- Prawie...
- Kat, cicho! – Weasley uciszył żonę, która
szeptem wypowiedziała jedno słowo, które mogło przyczynić się do złego rozwoju
wydarzeń, podczas tych odwiedzin.
- Hugo, nie odzywaj się tak do Kateriny! Kochana,
powiedz mi, co się dzieje. O co chodzi?
- Mamo…
- Synu, nie przerywaj! – Tym razem był to
uniesiony głos Ronalda.
- Chodzi o Scorpiusa i Rosco. Od świąt nie jest
między nimi za dobrze. Ponoć poszło o Lucjusza. Zaczął robić Rosco pranie
mózgu, radzi mu by zachowywać się jak on sam, ogólnie nim manipuluje. Scorpius
powiedział, że nie chce go widzieć w domu. Młody mieszka chyba teraz u Neve. Nie
zanosi się na to, by szybko się pogodzili. Rosco jest zapatrzony w Lucjusza jak
w autorytet i ciągle kłóci się z ojcem. Scorpius nie przeżywa tego ponoć za
dobrze… - Dłoń Hermiony, która spoczywała na dłoniach synowej, z każdym słowem
coraz bardziej się trzęsła. Ron dobrze wiedział, co to oznacza – skok
ciśnienia.
Hugon podbiegł do mamy i pomógł jej się wygodnie
położyć na kanapie. Niestety pojawił się kolejny objaw, który sprawił, że
Ronald upuścił leki na nadciśnienie i czym prędzej zadzwonił po pogotowie.
Były to trudności z oddychaniem i bóle w klatce
piersiowej. W tym wieku, mogło to oznaczać w dużej mierze tylko jedno – zawał.
- No i co żeś narobiła?! – Hugo wykrzyczał te
słowa swojej żonie, prosto w twarz. A potem spojrzał na nią, jak jeszcze nigdy
wcześniej. Jego wzrok mówił, „Jeśli umrze, to będzie twoja wina, a tego ci nie
wybaczę!”…