czwartek, 22 listopada 2012

7. Głupia i naiwna ja

Długo, bardzo długo pisałam ten odcinek. Mnóstwo rzeczy miałam na głowie + brak weny. Ale w końcu mi się udało. Myślę, że następny rozdział będzie maksimum w styczniu, ale nie obiecuję. Życzę miłego czytania!
__________________________
Zima już się skończyła, a kwiecień przynosił coraz to piękniejsze oznaki wiosny. Drzewa znów były pokryte pięknymi kwiatami i liśćmi, słońce grzało i nareszcie można było zamoczyć nogi w jeziorze.
Rosco już od ponad miesiąca próbował zagadać do Zeppelin, jednak przynosiło to marne skutki. Puchonka skutecznie go unikała, zawsze miała kogoś obok siebie, na wspólnych zajęciach wychodziła wtapiając się w tłum. Blondyna zaczęło to powoli irytować. Primo – chciał jej oddać książkę, secundo – chciał porozmawiać o sytuacji w Łazience Prefektów, no i tertio – jej naturalność jest bardzo atrakcyjna!
Blondyn dostawał już niezłego mętliku, kiedy Puchonka raz go unikała, a potem mordowała spojrzeniem. O co do cholery chodziło?!
W końcu oświecił go Hannibal. W oświecaniu to on miał wprawę. Rosco zastanawiał się czy Lorcan w ogóle posiadał jakieś wady? To trochę irytujące..
- Stary, ty mało co pamiętasz z Teneryfy, prawda?
- No w sumie…
- Legenda głosi, że zalany w sztok proponowałeś jej używki, a potem odszedłeś w grupie równie pijanych dziewczyn. To plus wgapianie się w nią półnagą wyjaśnia raczej jej postawę, nie sądzisz?
- Jak ty o tym mówisz, to widzę w swojej osobie dupka..auć!
- Boli? A widzisz. Tak to jest raz na wozie, raz pod wozem stary – odparł Hannibal klepiąc zamyślonego przyjaciela po plecach.
- Chyba powinienem ją przeprosić za to zajście, a nie gapić się na jej smukłe, zgrabne…ała! – Rosco dostał siarczystego „plaskacza” w potyliczną część głowy.
- W tej sytuacji robię za głos rozsądku. Należy przeprosić ów damę za oba zajścia. Na moich urodzinach będę diabełkiem na twoim ramieniu. Ale tutaj nie masz wyjścia, bo masz u niej dług po Eliksirach.
- Ok, ok. Już przestań mi robić za aniołka na ramieniu. Idę ją złapać. Do zobaczenia na imprezie! – Blondyn zniknął za rogiem, a Hannibal oparł się o ścianę i włożył ręce do kieszeni.
- Stary…błagam cię. Chociaż w tej jednej sprawie postąp tak, jakby chciała tego twoja mama..
**
Rosco już od pół godziny kręcił się w okolicach Kuchni i przejścia do dormitorium Puchonów. Był cały podenerwowany. Wierzcie lub nie, ale na prawdę nie chciał złych relacji z tą istotą! Nic złego mu nie zrobiła, wręcz przeciwnie – udzieliła mu bezinteresownej pomocy. Ponadto, nie mógł zapomnieć widoku z Łazienki Prefektów.
- Czego tu szukasz? Węży tu nie ma. A przy okazji nauczyłbyś się pukać… - Blondyn usłyszał za sobą znajomy głos. Czym prędzej się obrócił i ujrzał Zeppelin. Na język cisnęło mu się coś równie kąśliwego, ale pamiętał, co mówił Hannibal.
- Chciałbym cię bardzo przeprosić. Za to, co się stało na Teneryfach. Wstyd mi, ale nie pamiętam naszego spotkania. Ale nie byłem zbyt szarmancki, więc przepraszam. Ty mi uratowałaś tyłek na Eliksirach, a ja się tak odwdzięczyłem. I głupio wyszło z tą łazienką. Nie myślałem, że akurat ty też wpadniesz na taki pomysł.
- A co to ja gorsza jestem?! – O wiele niższa Zeppelin założyła ręce na biodra i spojrzała na blondyna piorunującym wzrokiem.
Rosco podniósł ręce jak przy modlitwie do Boga i bezgłośnie zapytał ku górze ”Co za szatan cię skusił, żeby stworzyć kobietę?!”. Opuścił z powrotem głowę, wziął głębszy oddech, po czym ponownie spojrzał na Puchonkę.
- Nie jesteś gorsza. Po prostu wydajesz mi się miłą, odpowiedzialną dziewczyną, która zdecydowanie twardo stąpa po ziemi. Jakoś nielegalne wkradanie się do Łazienki Prefektów mi do ciebie nie pasuje. Tylko nie zrozum tego źle!
Zeppelin przymknęła oczy i zaśmiała się pod nosem, widząc Rosco wyciągającego ręce przed siebie z wyrazem twarzy mówiącym „proszę tylko nie bij, nie obrażaj się”.
- Ok, ok. Wybaczam i jedno i drugie. Już jest między nami spoko. Tylko jak się spijesz, to nie zbaczaj w moim kierunku, ok?
Rosco już chciał odpowiedzieć, ale żadne słowa nie mogły mu przejść przez gardła. Zdębiał. Na twarzy Zeppelin widniał rozbrajający, szczery i żartobliwy uśmiech. Emanowała od niej taka…pogodność? Ostatni raz taki uśmiech widział na ustach ciotki Neve, gdy się zaręczyła. A wcześniej…u swojej matki. Tak, jego matka miała jeden, jedyny, niepowtarzalny uśmiech. A Zeppelin tak bardzo ją przypominała…
- Rosco, wszystko w porządku? – Puchonka lekko przechyliła głowę w prawo, nadal kurczowo trzymając książkę do Transmutacji przy klatce piersiowej.
„Boże…jak ona…Otrząśnij się stary!”.
- Tak, tak. Zamyśliłem się. Cieszę się, że wszystko wyjaśnione. I może w końcu pochwalę się swoimi manierami – powiedział Rosco ujmując dłoń Zeppelin, pochylając się i lekko całując jej dłoń. – Nazywam się Rosco Malfoy. Miło mi cię poznać.
Panna Waldorf na chwilę znieruchomiała, zaskoczona gestem Ślizgona. Jego oczy powędrowały w jej kierunku, aczkolwiek nadal trzymał ją za dłoń. Ona również spojrzała w jego oczy. Miały barwę niczym mleczna czekolada. Spojrzenie było przenikające ale i zarazem ciepłe. Tajemnicze, choć odsłaniające trochę uczucia młodzieńca. Zeppelin wpadła w trans. Nie mogła przenieść wzroku nawet o milimetr. Czyżby to była jakaś sztuczka z Czarnej Magii? Czy siostra miała rację, że powinna na niego uważać?
- Chyba przygniótł cię mój urok osobisty, więc lepiej się ulotnie…Zeppelin Waldorf – ostatnie dwa słowa, jej imię i nazwisko, wymówił takim subtelnym głosem, że Puchonkę przeszły ciarki po całym ciele. Gdy już otrząsnęła się z transu, blondyn znikał już za pobliskim rogiem. Jedyne co była w stanie z siebie wydusić to:
- Wow….
***
Jak mogą wyglądać urodziny Hannibala Lorcana? Tego pytania nie musiał sobie zadawać żaden z mieszkańców Domu Węża. Ów domownik należał do osób nie tylko inteligentnych ale i rozrywkowych, jak to na potomka rodu Zabini przystało. Nie zabrakło także przebiegłości, która przejawiła się w tym, że przemycono Travisa na imprezę w Lochach. Wystarczyło zdobyć parę niedozwolonych składników i stworzyć Eliksir Wielosokowy. Pozostali uczestnicy imprezy nie mogli rozpoznać Weasleya już w jego naturalnej postaci, ponieważ Hannibal rzucił na przyjaciela zaklęcie maskujące. Oprócz niego i Rosco, wszyscy widzieli przeciętnego mieszkańca Slytherinu.
- No panowie, póki jeszcze jesteśmy w dormitorium, zdrowie jubilata – powiedział blondyn, unosząc kieliszek szampana w stronę swoich dwóch najbliższych przyjaciół.
- I szczęście. – Dodał Travis.
- A przede wszystkim, za dobrą zabawę. – Zakończył Lorcan i jednym łykiem wypił zawartość kieliszka.
I tak oto zaczęła się apokalipsa.
Z każdym pokoleniem, imprezy Slytherinu robią się coraz bardziej huczne. Sodoma i Gomora XXI w. Tak to potrafi się bawić tylko dom Węża. To się robi powoli niepokojące i nudne. Jednakże, czego się spodziewać przy takich silnych osobowościach jak dzisiejszy jubilat? Ślizgoni dostają to czego chcą. A Hannibal chciał alkoholu, dziewczyn i dobrej zabawy. I tak życzenie stało się rozkazem.
Starsze roczniki przemyciły alkohol z Hogsmeade, a dziewczęta nie mógłby się oprzeć, aby nie pojawić się na „domówce” roku. Jubilat miał wianuszek fanek tańczących wokół siebie, Travis zmienił się w konesera win, a Rosco…
A no właśnie. Nasz blondyn, o dziwo, nie miał najsilniejszej głowy. Parę toastów z jubilatem, kilka degustacji win z kuzynem i stan upojenia alkoholowego gotowy. Myśli i obrazy, które go dręczyły podczas spotkania z Zeppelin, znikły w oka mgnieniu. Tym bardziej, że jedna z jego koleżanek, ciągnęła go za krawat w najciemniejsze miejsce na tej imprezie. W jeden z kątów Pokoju Wspólnego. Co się dalej działo, nie musze chyba mówić. Usta szczupłej blondynki przywarły do Malfoya, który nie specjalnie wiedział, co się dzieje, ale postanowił się nie opierać. Gdyby tylko wiedział, jakie będą tego konsekwencje…
***
Następnego dnia, w Hogwarcie huczało od plotek z imprezy urodzinowej Hannibala. Na nieszczęście niektórych, nie były one wbrew pozorom pochlebne.
Rosco już od paru godzin widział i czuł na sobie spojrzenia i szydercze uśmiechy męskiej części Hogwartu, na twarzach wielu dziewczyn malowało się zdziwienie i strach. Nikt jednak nie miał odwagi wprost powiedzieć Malfoyowi, o co im wszystkim chodzi.
- Chłopaki, czy ja wczoraj zmieniłem orientację seksualną, albo co?! – Poirytowany blondyn spojrzał błagalnym wzrokiem na przyjaciela oraz kuzyna.
- Stary nas się nie pytaj. Ja znikłem z Madison, a Travis zasnął przed północą. Też próbowaliśmy się dowiedzieć o co chodzi, ale nic z tego. Milczą jak grób. – Hannibal podrapał się po głowie z bezradnym wyrazem twarzy i poklepał swojego przyjaciela po plecach.
- Oh, ja cię z chęcią oświecę…
Chłopaki aż podskoczyli, gdy ni stąd ni zowąd usłyszeli za sobą głos Zeppelin. Kiedy ona się do jasnej anielki pojawiła?!
- Zeppelin, spadasz nam z nieba aniele! Proszę, mów! – Rosco rzucił się Puchonkę by uraczyć ją dziękczynnym objęciem.
- Po pierwsze, odsuń się ode mnie. Nie chcę mieć z tobą jakiegokolwiek kontaktu fizycznego. Po drugie, tak się wczoraj schlałeś, że nie pamiętasz co i z kim wyrabiałeś, mam rację?
- Twój ton i poirytowanie nie wróży nic dobrego… - Zauważył Travis.
- Naprawdę, po naszej ostatniej rozmowie, myślałam, że już więcej taki głupi nie będziesz. Dałam się nabrać na szarmanckiego, uprzejmego Malfoya. Głupia i naiwna ja.
- No to by było na tyle z dobrej opinii… - Hannibal przeczuwał, że to nie będzie błahostka i objął przyjaciela jednym ramieniem.
- Wyobraź sobie, że moja przyjaciółka – Tara Bunch – opowiedziała mi bardzo ciekawą historię, której wcale nie chciałam usłyszeć, bo miałam cię za kogoś lepszego. Pal sześć to, że praktycznie prawie uprawiałeś seks z Lisą Bunch na oczach reszty Ślizgonów. W końcu słyniecie ze spania z kim popadnie. Ale to, że razem studiowaliście książki do Czarnej Magii....Naprawdę, to już lekkie przegięcie. Lisa już będzie się ze szkołą żegnać, bo Tara powiedziała rodzicom, co usłyszała od pijanej siostry. Teraz zastanawiam się, czy nie wkopać też i ciebie. Co ty sobie w ogóle wyobrażałeś?!
Na twarzy Hannibala i Travisa pojawiło się wielkie zdziwienie. Ich usta rozszerzyły się i ukształtowały w literę „O”. Ich przyjaciel i Czarna Magia? Spodziewali się usłyszeć pierwszą część wypowiedzi Zeppelin, ale…zła strona mocy? To było porządne zaskoczenie.
Natomiast sam zainteresowany poczerwieniał. Był na siebie wściekły. Ale nie dlatego, że studiował CM, bo to robił już ze swoim pradziadkiem od jakiegoś czasu. Był wściekły, że robił to z pierwsza lepszą osobą, która już zdążyła rozgadać to w szkole. Teraz czekał już tylko na grom z ciemnego teraz nieba – złość dyrektorki, ciotki i przede wszystkim…ojca.

piątek, 10 sierpnia 2012

6. Póki jeszcze mieli czas

Proszę oto kolejny rozdział. Wrzucam go w dość smutnych dla mnie okolicznościach. Teraz jakikolwiek cień radości odnajduje już tylko w muzyce, więc nie wiem kiedy uda mi się dokończyć do całości następny rozdział. Jeśli chcecie zostać poinformowani, zostawcie swoje adresy. A teraz życzę miłego czytania.
_______________________________________________________________

Walentynki nie są godne uwagi, ponieważ przebiegły tak jak co roku. Bez jakichkolwiek odchyleń, zaskoczeń. RoSco dostał kilkanaście walentynek, ale po raz kolejny w liczbie wielbicielek pokonał go Travis, a z kolei jego – bożyszcze nastolatek zwane zdrobniale Hani.
- Człowieku jak ty to robisz? Myślałem, że ten tytuł pozostanie w mojej rodzinie!
- Czas odejść na emeryturę, milordzie. – Hannibal poklepał przyjaciela po plecach, posyłając wielbicielkom powalający uśmiech.
Więc walentynki były powtórką z poprzednich lat.
Za to dziś był dziewiętnasty luty, czyli szesnaste urodziny Rosco. Jego impreza urodzinowa w Pokoju Życzeń została zaplanowana już miesiąc wcześniej przez jego zacnych przyjaciół. Hannibal, po grudniowej rozmowie z blondynem, dopilnował, aby na urodzinach nie znalazł się nikt, kto ma obecnie kontakt z czarną magią, ponieważ mogła być to wtyczka Lucjusza. To zawęziło krąg zaproszonych osób z Domu Węża, ale nie liczyła się liczba osób. Liczyło się kto przyjdzie. A przyszło z około trzydzieści osób z domu węża i kilka osób z Gryffindoru – zaufani ludzie Travisa, których Rosco akceptował. Oczywiście nie zdziwi nikogo to, że przyjaciele jubilata zadbali o to, żeby przynajmniej połowa gości była płci pięknej.
Po godzinie osiemnastej w Pokoju Życzeń zebrani byli już wszyscy goście. Nie zabrakło muzyki, gier typu Twister, alko chińczyk czy rozbierany poker. Hogwart jest rozpustny, tak jasne. Nie! To Dom Węża po prostu zawsze taki był, jest i prawdopodobnie będzie. W czasie, gdy Rosco i Travis grali z pięknymi obywatelkami Slytherinu, Hannibal poszedł do Lochów, aby odebrać ze swojego dormitorium prezent od niego i Weasleya dla Rosco.
Gdy już miał wychodzić, do jego okna zapukała sowa. Od razu rozpoznał w niej zwierzę Scorpiusa Malfoya. Za jej przyzwoleniem odebrał list dla przyjaciela i obiecał, że przekaże, go jak najszybciej do adresata. Kiedy dotarł z powrotem na miejsce imprezy, wziął jubilata i Travisa na bok.
- Trzymaj stary. To od twojego ojca. Otwórz.
Rosco spojrzał na kopertę, na której rozpoznał pismo ojca. Otworzył ją i wyjął list.

Rosco,
Zawsze mówiłem do Ciebie synu, ale tym razem, nie potrafię. Twoje słowa, które padły w moją stronę w Wigilię, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Złe, dobijające, smutne. Nie mogę już tego dłużej znieść. Nie mogę znieść tego, że nie ma obok mojej Rose. Nie mogę znieść Ciebie! Tak, niestety dobrze widzisz. Mam dość Twoich obelg pod moim adresem. Jeśli wolisz swojego kochanego dziadunia Lucjusza, to proszę bardzo. Nie będę się temu przyglądał i to tolerował. Jesteś ze mną albo wcale. Jestem zmuszony użyć drastycznych środków. Przesyłam ci klucze do mieszkania twojej ciotki Neve. Chociaż wątpię, czy z nich skorzystasz. Pewnie od razu polecisz do Lucjusza. W każdym razie, dopóki nie otrzeźwiejesz, drzwi do domu są dla Ciebie zamknięte. W kopercie znajdziesz jeszcze fiolkę. Z moimi myślami. Zobaczysz jaki kiedyś byłem dla Twojej matki. Może to Ci uświadomi, ile osób możesz zranić, jeśli dasz z siebie zrobić typowego Malfoya, jakim jest Lucjusz.

Twój zawiedziony ojciec.

Rosco znieruchomiał. Ojciec kochał go bezgranicznie, nieważne co przeskrobał. A tu takie słowa. Czy faktycznie, Lucjusz był, aż taki zły? Neve go ostrzegała, Hannibal…a teraz taki list od ojca. Wziął fiolkę i postanowił pójść z chłopakami do gabinetu dyrektor McGonnagall, aby skorzystać z myśloodsiewni.
Nie było jeszcze zbyt późno, toteż dyrektorka z chęcią ich wpuściła, gdy usłyszała jaki jest powód wizyty.
Blondyn podszedł z fiolką do myśloodsiewni i wlał jej zawartość do środka. Chwilę później znajdował się już w czasach ojca.

– No no, wiewióra wnosząca bagaże. Potter, co z ciebie za dżentelmen… – Rose usłyszała za sobą ten jakże drwiący głos. Odwróciła się i ujrzała Scorpiusa Malfoya. Jej utrapienie od pięciu lat. „Ale jakie przystojne. W te wakacje stał się jeszcze bardziej pociągający”, zamarzyła się Ruda, zapominając o bagażach, które wypadły jej z rąk.
– …a z wiewióry niezdara. – Zaśmiał się blondyn i wszedł do pociągu, nie racząc nawet pomóc Rose.
*
– Sama umiem otworzyć drzwi, Malfoy. Idziemy? – Ruda uśmiechnęła się kpiąco.
– Taa… – burknął Scorpius i wraz z Rose udał się do Hogsmeade, gdzie czekał już na nich powóz.
– Przez ciebie spóźnimy się na rozpoczęcie.
– Od kiedy Narcyz się tym przejmuje? – Zadrwiła dziewczyna.
– Weasley, ty… – Malfoy nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ powóz wjechał na jakiś kamień i młodzieniec poleciał do przodu, lądując na Rose. Podniósł się nad rękach i spojrzał w orzechowe oczy towarzyszki. Był kilka milimetrów od niej. Uśmiechnął się drwiąco.
– No i co teraz?
– Zejdź ze mnie erotomanie! Tylko jedno ci w głowie! – Rose próbowała odepchnąć blondyna, lecz jej się to nie udało. Pogorszyła tylko sytuację. Scorpius złapał ją za nadgarstki i wyszeptał jej do ucha:
– Dobrze ci radzę. Nie mów więcej takich rzeczy, bo pożałujesz.
Wypowiedział to takim głosem, że rudowłosą przeszły ciarki po całym ciele. Nawet, gdy chłopak wrócił na swoje miejsce, ona dalej siedziała zdezorientowana. A blondyn spoglądał na nią, co chwilę z triumfalnym uśmieszkiem.
*
– Jesteś ze Scott’em?
– Eee…nie.
– To czemu się z nim całowałaś?!
– Tak jakoś wyszło. To on zaczął. A nawet jeśli, to nie mogę? – Rose uderzyła w czuły punkt chłopaka. Scorpius widząc, że dziewczyna powoli zagania go do koziego rogu, przycisnął ją do ściany.
– Nie pozwolę, by pokonał mnie jakiś głupi siedemnastolatek – odparł Malfoy i pocałował rudowłosą. Bez uprzedzenia. Przyciągnął ją mocno do siebie i nie zamierzał wypuścić jej już z rąk. Rose natomiast nie wiedziała, co zrobić. To już drugi raz dziś, gdy ktoś ją całuje, a ona nie wie jak się zachować. Ale Scorpius, w porównaniu do Nathana całował o niebo lepiej. Ruda nie zastanawiając się dłużej, wtuliła się w chłopaka i odwzajemniła pocałunek. Ślizgon uśmiechnął się w duchu i posadził dziewczynę na pobliskie biurko. Rozpuścił jej włosy, ponieważ tak o wiele bardziej mu się podobała. Pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne, pożądliwe…
– Scorpius… – szepnęła Rose.
– Cii… – Uciszył ją chłopak, po czym przerwał pocałunek. Spojrzał jej w oczy i odgarnął jej kosmyk włosów.
*
Rosco został brutalnie wyciągnięty z myśli swojego ojca za sprawą Hannibala i Travisa. Chłopaki zaczęli się o niego martwić, ponieważ zaczął się troszeczkę trząść. Jak się później okazało – z emocji. W oczach miał łzy, ale na twarzy malowała się złość.
- To co zobaczyłem, tylko mnie upewniło, że ojciec był okropny dla matki. Lucjusz wychowuje mnie na innego. Nie będę taki jak ojciec. Będę lepszy. Przeprowadzam się do dziadka Lucjusza.
Travis i Hannibal spojrzeli na siebie z niepokojem. Gdy Rosco opuścił gabinet dyrektorki, chłopcy wraz z właścicielką owego gabinetu, wysłali priorytetowe listy do swoich ojców. Liczył się czas. Trzeba było odzyskać Rosco, póki jeszcze mieli czas…
***
Połowa drugiego semestru minęła jak z bicza strzelił. Nim chłopaki się obejrzeli, był już marzec. Śnieg zaczął topnieć, słabsi uczniowie zaczynali przykładać się do nauki, a wielbiciele pływania tylko czekali, aż jezioro odmarznie całkowicie i będzie można usiąść przy brzegu i zamoczyć stopy.
Tymczasem Rosco postanowił wykorzystać przywileje kuzyna-prefekta. Długo to trwało i kosztowało go kilka Kremowych Piw, ale Ślizgon namówił Travisa, aby ten pomógł mu się dostać do Łazienki Prefektów. Już od dawna miał chrapkę na spokojną kąpiel w luksusowej łazience.
**
Zeppelin podczas kilku miesięcy zdążyła już poznać dużo nowych ludzi. Większość była z Hufflepuffu, znalazło się parę osób z Ravenclawu. Nie tylko Rosco postanowił użyć swoich znajomości. Ten pomysł wpadł do głowy także pannie Waldorf. Jej koleżanka z domu była prefektem i także na prośbę Puchonki, udostępniła jej po kryjomu Łazienkę Prefektów.
Na całe szczęście Zeppelin, łazienka była pusta. Nie było podziału na męską i żeńską. Była jedna. Kto był pierwszy ten lepszy. Pomieszczenie wyglądało nieziemsko. Nie żeby łazienki zwykłych uczniów były złe, ale to był najwyższy standard. Lśniące białe kafelki ze złotymi zdobieniami, wielkie lustra, toaletki dla dziewczyn, dębowe szafy na ręczniki. Jednakże to centrum łazienki było najważniejsze. W tym miejscu znajdowała się wielka wanna, która bardziej przypominała basen bądź jacuzzi na dwadzieścia osób. Znajdowało się przy niej z dwanaście kurków, każdy z paskiem w innym kolorze.
Zeppelin stała już w ręczniku przed jednym z luster. Pierwsze co chciała zrobić to wrócić do swojego naturalnego wyglądu.
- Zaczynam się robić typową dziewczyną. Jeśli już nie umiem czekać i chciałabym mieć kontakt z potencjalnie boskim chłopakiem już teraz, to czas na zmiany.
Puchonka wzięła różdżkę i zaklęciem wróciła sobie naturalny kolor włosów. Następnie wyciągnęła soczewki kontaktowe i rozpuściła włosy. Następnie podeszła do wanny i zaczęła zsuwać ręcznik po plecach…gdy nagle usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. „Cholera, zapomniałam o zamku!” pomyślała.
Z powrotem zarzuciła na siebie ręcznik i odwróciła się, aby zobaczyć, kto wykorzystał jej nieuwagę.
W drzwiach zobaczyła Rosco. Miał na sobie satynowe spodnie od piżamy i niedopiętą, wymiętą koszulę. Zeppelin już chciała zacząć krzyczeć, ale wtem Malfoy wydał z siebie słowo:
- Mamo… - Blondyn oniemiał z wrażenia. Stała przed nim dziewczyna, która wyglądała jak jego matka za młodych lat. Wyglądała przepięknie. Miała długie, lekko falowane, rude włosy oraz hipnotyzujące brązowe oczy. Ręcznik odsłaniał smukłe nogi i ręce. Przez chwilę złapał się na tym, że chciałby, aby ten ręcznik odsłaniał nieco więcej…
Zeppelin spostrzegła, że Rosco najwyraźniej jej nie poznał, więc zebrała swoje ubrania i torbę z toaletki, a następnie wybiegła z Łazienki Prefektów bez słowa.
Blondyn jeszcze przed chwilę stał w miejscu nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. W końcu otrząsnął się i ruszył w kierunku toaletek, aby położyć swoje rzeczy. Po drodze jednak potknął się o coś. Jak się później okazało – książkę. Otworzył ją na pierwszej stronie i spojrzał w lewy dolny róg.

Własność Zeppelin Waldorf, Hufflepuff, piąty rocznik.

środa, 11 lipca 2012

5. Skąd wiesz, że nie pójdzie w ich ślady?



Przepraszam, że nowy rozdział pojawił się tak późno. Nie miałam kompletnie weny, ale chłopak mnie jakoś przekonał, usiadłam do komputera i dokończyłam ten odcinek. Spróbuję napisać parę rozdziałów na wyrost. Życzę miłego czytania!
___________________________________________
Last Christmas i gave you my heart, but the very next day, you give it away…W radiu rozbrzmiewały świąteczne hity, a posiadłość Malfoyów nawiedzali coraz to nowsi goście. Na Wigilię do Scorpiusa i jego syna zostali zaproszeni: Ackerman, Hugo z żoną i Travisem, Neve z narzeczonym oraz Dracon i Astoria. Lucjusz oraz Narcyza nie zostali uwzględnieni w tym grafiku. Nikt nie chciał ich tam z resztą widzieć. W kuchni siedziały kobiety, pilnując by potrawom się nic nie stało i żeby ładnie nakryć stół. Tak są skrzaty, ale Scorpius nie wykorzystuje ich podczas świąt. Ma od tego mamę, siostrę itd. Po co męczyć skrzaty? Zresztą…akurat te kobietki nie wpuszczą nikogo obcego do kuchni.
- Troy, jak tam przygotowania do ślubu? Moja siostrzyczka szaleje?
- Żebyś facet wiedział. – westchnął Bass. –  Do ślubu zostały cztery miesiące, a nam zostało raptem 10 % naszego budżetu ślubnego. Zgadnij, co mogło pochłonąć większą część pieniędzy, oczywiście poza weselem?
- No niech zgadnę. Czyżby wymarzona suknia ślubna? Kobiety jak księżniczki, jak im się coś spodoba to amen, nawet gdyby Chiny trzeba by było sprzedać za tą rzecz. Rose na swoją suknię wydała sporą sumę, wolę nie zdradzać, ale jej radość i wygląd w dniu ślubu był bezcenny – Scorpiusowi na wspomnienie zmarłej małżonki w dniu ślubu momentalnie pociekły łzy.
Troy to zauważył i do końca świąt więcej nie wchodził na tematy, w których mogło się mimowolnie pojawić wspomnienie Rose. Nigdy jej nie poznał, ale z tego, co słyszał od innych, musiała być wspaniałą matką, żoną, siostrą, córką i przyjaciółką.
Kobiety z rodu Weasleyów i Malfoyów spisały się na medal. Zaspokoiły nawet najwybredniejsze podniebienia płci brzydszej. Świąteczna kolacja została skonsumowana w spokojnej, radosnej atmosferze. Potem nadszedł czas na prezenty. Wszystkie prezenty były typowe, przewidywalne. Biżuteria, dodatki do ubrań, kosmetyki, perfumy i tym podobne. Jedynie jeden prezent wyróżniał się na tle innych. Była to biżuteria, ale nie byle jaka.
- Tato, czy ja ci wyglądam na dziewczynę i miłośnika skorpionów?
- Synu, to sentymentalna pamiątka. Nie masz go nosić, tylko przekazać wybrance swojego serca. Zamiast pierścionka matki, daję ci naszyjnik, który dostała kiedyś ode mnie. W niekoniecznie dobrych okolicznościach, ale nosiła go.
Rosco przyjrzał się zawieszce. Był to srebrny skorpion wysadzany siedmioma brylancikami, które co jakiś czas zmieniały barwę. Młody Malfoy spekulował, iż kolor mógł zależeć od humoru osoby, która trzymała skorpiona w rękach lub miała go przy sobie.
- E…dziękuje. Aczkolwiek myślę, że dziadek Lucjusz uzna to za tandetne. Stary naszyjnik podarować swojej dziewczynie?
W Scorpiusie zawrzała złość. Lucjusz….tandetne...Te słowa w jednym zdaniu aktywowały wulkan…
- Do jasnej cholery! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zadawał się z tą kanalią?! Prawie udało mu się zniszczyć życie twojego dziadka Draco, potem moje! Dopiero, gdy pozbyliśmy się go z naszego życia, wszystko zaczęło się układać! Twoja matka nigdy by na to nie pozwoliła!
- No widzisz, to słaby z ciebie ojciec, skoro nie umiesz upilnować syna przed dziadkiem. Tyle mam do powiedzenia, o! Chyba wybiorę się do Hannibala dzisiaj. Wrócę po Sylwestrze. Nara.
Rosco udał się na górę, gdzie pewnie chciał się spakować i za pomocą proszka Fiuu udać się do przyjaciela.
Na dole wszyscy skamieniali. W oczach Scorpiusa pojawiły się łzy. Tyle lat opiekował się synem, dawał mu wszystko, czego potrzebował, a teraz okazuje się słabym ojcem? Tego było dla niego za wiele. Złapał za płaszcz, który wisiał na pobliskim wieszaku i teleportował się.
Na cmentarzu panowała okropna pogoda. Było zimno, a do tego padał śnieg z deszczem. Scorpius wylądował tuż przed grobem małżonki. Spojrzał na nagrobek, po czym upadł na kolana. Schował twarz w ręce i najzwyczajniej w świecie rozpłakał się jak małe dziecko. Klęczał tak, nie zważając na to, że jego spodnie robiły się coraz bardziej mokre. Zakończenie Wigilii złamało go w środku i nic nie było w stanie ukoić jego bólu. Nic….Tylko Rose. Ale ona odeszła…
***
Trzydziesty pierwszy grudzień nadszedł tak szybko, że Rosco nawet nie zauważył, że nocował u przyjaciela już siódmą noc. Tydzień. Cały tydzień bez żadnego kontaktu z rodziną. Zwłaszcza z ojcem. Dlatego też, Hannibal postanowił uciąć sobie z nim małą pogawędkę.
- Stary…nie obchodzi mnie, jak sobie o mnie pomyślisz, ale uważam, że powinieneś urwać kontakt z Lucjuszem. To zły człowiek. Były Śmierciożerca. Nawet mój dziadek radzi na niego uważać. A wiesz, że on pamięta czasy Voldemorta i pamięta, jak twój dziadek, Draco działał ze Śmierciożercami przez Lucjusza. Wiesz dobrze, że tego żałuje. On cię ściągnie na dół. Czarna magia może i jest intrygująca, ale zobacz ile zła wyrządziła. W czasach Voldemorta zginęło nie tylko dużo mugoli, ale i wspaniałych czarodziejów. Gdyby nie Harry Potter, ani twój ojciec, ani ty, nie pojawilibyście się na tym świecie.
Nie gadam jak Ślizgon, wiem. Gadam jak racjonalny człowiek, który zdaje sobie sprawę ile zła wyrządziła ta magia. Do dziś mam szacunek dla dyrektor McGonnagall. Ma już sto dziesięć lat na karku, przetrwała walki z Voldemortem i dba, by w naszej szkole już nigdy więcej nie ujawnił się żaden „uczeń” Voldemorta bądź Śmierciożerców. A ty idziesz właśnie w tym kierunku. Człowieku, na Salazara, ogarnij się!
- Gadasz jak debil. Lepiej idźmy się napić i zająć się koleżankami, które uraczyły nas swoją obecnością na twojej imprezie sylwestrowej – odparł Rosco, po czym ruszył w kierunku wielkiego salonu w posiadłości Lorcanów.
- Matka nie byłaby z ciebie dumna… - westchnął smutno Hannibal, po czym podążył za przyjacielem…
***
USA. Seattle. Prawie osiem tysięcy kilometrów od Rosco, Scorpiusa i pozostałych bohaterów, Zeppelin spędzała przerwę świąteczną ze swoją rodziną. W USA mieszkał jej adoptowany brat. Rodzice mieszkali nadal w Bułgarii, starsza siostra uczęszczała do Beauxbatons, a ona przeprowadziła się do dziadków, do Anglii, ponieważ chciała uczęszczać do Hogwartu.
Ze szczegółami opowiedziała o nowej szkole, nauczycielach, zajęciach itp. Temat znajomych pozostawiła na pogaduszki z siostrą. Urządziły je zaraz po Sylwestrze, gdy tylko wszyscy poszli spać.
- No i jak tam w Hufflepuffie? Masz już jakiś przyjaciół? – zagadnęła siostra.
- Można tak powiedzieć. Już mam koleżanki, z którymi siedzę na zajęciach itd. Ale chyba największe emocje, to i tak były na Teneryfach,
- Kurczę. Szkoda, że przegraliście. Ale cóż tak bywa. A jak impreza pożegnalna? Cztery szkoły razem, to musiała być niezła balanga. Już sobie tam ciebie wyobrażam. – Zaśmiała się Karina. – Prędzej nasz kochany braciszek Hayke by się tam odnalazł.
- Nie wiedziałam, że Hogwart jest tak…rozpustny? Slytherin, to tam pił, palił…i wolę nie myśleć co jeszcze.
- A….Oni zawsze mieli do tego skłonności. Rodzice karmili ich Brendy zamiast mlekiem, haha.
- Przypominając sobie spotkanie z Malfoyem nad morzem, to jestem skłonna przyznać ci rację.
- Malfoy?
- Tak. Rosco, jeśli dobrze słyszałam.
- Trzymaj się od niego z daleka, Zepp. Mówię naprawdę poważnie. On jest niebezpieczny…
- Ani na Eliksirach, kiedy mu pomogłam, ani nad morzem, nie wyglądał na takiego. Po prostu lubi używki.
- Jego dziadkowie praktykowali czarną magię. Draco Malfoy i jego ojciec Lucjusz Malfoy byli Śmierciożercami. Skąd masz pewność, że i on nie poszedł w ich ślady.
Zeppelin zamilkła. Nie tego spodziewała się usłyszeć…