Październik okazał się bardzo
deszczowym miesiącem. Mało kto wychodził do Hogsmeade, ponieważ co drugi dzień,
można się było natknąć na burzę. Irytowało to niejednego ucznia Hogwartu i
niejednego nauczyciela. Dlatego też, dyrektor McGonagall, po rozmowie z gronem
pedagogicznym, zafundowała uczniom niemałą niespodziankę. Drużyny Quidditcha
oraz po pięć osób od piątego rocznika wzwyż, miały wybrać się w podróż….na
Teneryfę.
Tam miały odbyć się Światowe
Mistrzostwa Quidditcha Szkół Magii. Hogwart był jedną z nielicznych szkół
zakwalifikowanych do wyjazdu na Teneryfy. Jeszcze w poprzednim roku, jury
przyglądało się dwudziestu szkołom, a uczniowie nawet o tym nie wiedzieli. W
efekcie, do rozgrywek na wyspie, dostały się cztery drużyny. Były to
najważniejsze zawody, jeśli chodziło o szkoły, a więc dostała się tylko ścisła
czołówka. Miało być tylko sześć meczów. Drużyny z największą ilością punktów,
grają w finale.
Drugiego dnia – przywitalne przyjęcie.
Kolejne dwa dni – mecze. Piąty dzień – finał i pożegnalna impreza. Szósty dzień
– wyjazd. Tak przedstawiał się plan.
Hogwart miał się tam dostać poprzez
podróż powozami, prowadzonymi przez Testrale. Garstka uczniów mogła podziwiać
te stworzenia, które na swój sposób były zachwycające i intrygujące. Posiadały
wielką siłę, mimo swojego cherlawego wyglądu. O ile dopasowano odpowiednią
ilość Testrali do powozów, podróż miała zlecieć bardzo szybko. McGonagall
zadbała o komfort i bezpieczeństwo swoich uczniów. Voldemorta już nie było, ale
Czarna Magia i walka między szkołami – tak. Dlatego też, grupę z Hogwartu
eskortowali wnukowie Charliego, którzy – jak to przystało – przejęli rodzinny
interes. Wkoło powozów ustawionych w odpowiedni szyk, leciało pięć Chińskich
Ogniomiotów. Uczniowie o słabych nerwach po prostu szli spać. Wielkie smoki i
Testrale to za dużo wrażeń, jak na jedną podróż.
Reprezentacja Hogwartu dotarła na
miejsce bardzo późnym wieczorem. Byli zmęczeni i głodni, zresztą jak pozostali
goście. Dlatego też, organizatorzy Mistrzostw postarali się o krótką przemową
podczas kolacji.
– Witam wszystkich zebranych tu gości.
Nazywam się Wiktor Krum i jestem szefem Departamentu Magicznych Gier i Sportów.
Wraz z moim sztabem będę sprawował pieczę nad tymi mistrzostwami. Od mojej
lewej przedstawiam szkoły: Hogwart, Madison, Ouran i Hartum. Jutro przekażemy
waszym dyrektorom dokładniejsze informacje, bo teraz i tak nic nie zrozumiecie.
Idźcie się porządnie wyspać. Od jutra możecie trenować na boisku, a wieczorem
zapraszam na powitalne przyjęcie. Teraz życzę wam przespanej nocy. – Krum w
podeszłym już wieku zszedł z podestu i ruszył za dyrektorami, którzy poszli
popijać wino na tarasie widokowym, śmiejąc się ze słabych organizmów swoich
uczniów.
Wszyscy uczniowie Hogwartu zasnęli jak
dzieci w przygotowanych pokojach hotelowych. To był długi i męczący dzień…
***
Drugiego dnia – jak zakładał plan –
odbyło się przyjęcie powitalne. Hogwart poznał swoich przyszłych przeciwników.
Były to trzy szkoły: Madison z Hiszpanii, Hartum z Turcji i Ouran z Japonii.
Według planu meczy na najbliższe dni, pierwszy mieli odbyć z reprezentacją
Hiszpanii.
Przyjęcie nie należało do specjalnie
spektakularnych i nie wyglądało na balangę czy chociażby potańcówkę. Wszystko
odbyło się bardzo oficjalnie. O umiejętnościach przeciwników, Hogwart miał się
przekonać dopiero na boisku. Na przyjęciu mieli okazję poznać jedynie składy
drużyn.
Rano udostępniono im boisko na dwie
godzin treningu, toteż dali z siebie tyle ile mogli. Wieczorem, na przyjęciu
nie wyglądali wcale najlepiej, Musieli się wyspać, bo następnego dnia, to
właśni oni rozgrywali pierwszy mecz. Na szczęście jedyny w trzecim dniu pobytu.
***
Dwa dni minęły i wiadomo już było, kto
zagra w finale. Wyniki kolejnych meczów przedstawiały się tak:
– Hogwart vs Madison – wygrana
Hogwartu
– Madison vs Hartum – wygrana Madison
– Hartum vs Ouran – wygrana Ouran
– Hogwart vs Hartum – wygrana Hogwartu
– Madison vs Ouran – wygrana Ouran
Wszystko stało się jasne. W finale
mieli zagrać Hogwart i Ouran. Piątego dnia przyjazdu, na boisku pojawiły się
dwie reprezentacje. Na twarzy każdego z zawodników było widać wielkie skupienie.
Konkurencja dla Hogwartu była spora. Obrońca i pałkarze mierzyli chyba z dwa
metry, co aż dziwi znając wzrost mieszkańców Japonii. Do tego byli solidnie
umięśnieni, co dawało obrońcy przewagę, ponieważ swoim ciałem potrafił zakryć
całą obręcz.
Nadzieja tkwiła w Rosco – szukającym.
Liczyła się szybkość i zwinność. Liczono również na wsparcie Hannibala i
Travisa – pałkarzy. Mieli nadzwyczajnego cela i potrafili grzmotnąć tłuczkiem -tak,
aby połamać komuś kości.
Jak podejrzewano, Ouran zdobywał
punkty w zastraszającym tempie. Hannibal i Travis nie mieli jednak okazji w
nikogo trafić tłuczkiem. Musieli bronić Rosco i Mandy – najlepszą ścigająca w
Hogwarcie przed atakami pałkarzy z przeciwnej drużyny.
Młody Malfoy nie mógł się skupić na
zniczu. Mimo pomocy przyjaciół, musiał wiele razy zwolnić bądź zrobić unik, aby
nie oberwać tłuczkiem. Co za tym idzie, musiał od nowa szukać i gonić znicza.
Szukająca szkoły Ouran była tak niska i drobna, że prześlizgiwała się przez
każdą szczelinę, co nie raz gwarantowało krótszą drogę do znicza. Tu wzrost
Ślizgona był przekleństwem.
Ouran miał znaczną przewagę. 140:30.
Rosco musiał złapać znicza jak najszybciej. Jeszcze pięć celnych rzutów
przeciwników, a nawet znicz nie pomoże w wygranej. Blondyn starał się jak mógł,
nie chciał zawieść swojej szkoły.
Niestety, nawet to nie pomogło. Yumi
Hamasaki z Ourana złapała znicz. Hogwart przegrał, ustępując pierwszego miejsca
szkole z Japonii. Może nie tyle było to zaskoczeniem, co strasznym
rozczarowaniem. Gdy drużyna Hogwartu schodziła z boiska, na trybunach ów szkoły
zapadła martwa cisza. Wszyscy patrzyli smutnym wzrokiem na swoich przyjaciół,
którzy właśnie opuszczali boisko i kierowali się do szatni.
Następne kilka godzin było istnym
koszmarem. Uczniowie Hogwartu siedzieli w pokojach hotelowych z ponurymi
nastrojami. Obiad nieznacznie poprawił im humor – przynajmniej jedzenie było
dobre.
I nagle przyszło zbawienie. A
dokładniej w okolicach godziny szesnastej. Nieliczna, przebywająca na Teneryfie
garstka Ślizgonów robiła imprezę na plaży. Obecność na pożegnalnej imprezie
była mile widziana, ale nieobowiązkowa, toteż – siedemdziesiąt pięć procent
uczniów Hogwartu wybrało się na imprezę na plaży. W tym dniu Ślizgoni
zapomnieli o podziałach i zaprosili wszystkich. Nawet Gryfonów.
Okole godziny osiemnastej, na plaży
paliło się już ognisko, parę osób kąpało się w ciepłych wodach wyspy, inni
słuchali dźwięków gitary.
Na ognisku pojawiła się, o dziwo,
także Zeppelin. Z zaintrygowaniem wpatrywała się gitarzystę, a może dokładniej,
jego grę na gitarze. Zawsze chciała nauczyć się grać na gitarze, ale nie
została do tego stworzona.
Impreza rozkręcała się na całego,
ludzi przybywało, zwłaszcza miejscowych. Starsi uczniowie zapewnili sobie
alkohol, niestety stracili kontrolę nad tym, kto pił ten alkohol. Było tak dużo
ludzi, że przyszli absolwenci nie byli w stanie zauważyć, jak piąty rocznik
podkrada im piwa. W tym chaosie, Zeppelin uciekła nad brzeg morza, by nim
spokojnie pospacerować. Ale i tam nie było jej to dane. Wypatrywała muszelek,
gdy nagle ktoś na nią wpadł i to z niemałą siłą. Jednakże Puchonce udało się
utrzymać równowagę i spojrzeć na winnego tej stłuczki. Okazał się nim Rosco.
– Mógłbyś trochę uważać, wiesz?
Waldorf przyglądnęła się blondynowi.
Był rozczochrany, pijany, a w ręku trzymał…papieros!
– Ty palisz?
– A co, chcesz? Ewentualnie, Hannibal
ma blancika, jeśli chcesz. – Rosco wyciągnął papierosa w kierunki Zeppelin.
Ta jednak spojrzała na niego ze
strachem w oczach i uciekła w popłochu. Tylko tego jej brakowało. Marihuany,
alkoholu i niewiadomo, czego jeszcze. Ślizgon wzruszył ramionami i wrócił do
Hannibala oraz ich nowych koleżanek…
***
– Jak ja mam podróżować w takim
stanie?! – Hannibala męczył kac, jakich mało. Nie potrafił nawet dobrze rzucić
zaklęcia, które spakowałoby jego walizki. W końcu zrezygnował i opadł na łóżko.
Z młodym Malfoyem było niejako lepiej.
Nie miał kaca, nie wymiotował, ale nie pamiętał nic z poprzedniego wieczoru. Ostatnie
jego wspomnienie ograniczało się do rozpalania ogniska.
Tym bardziej chciał odzyskać pamięć,
gdy do samego wyjazdu, widział spojrzenie Zeppelin na sobie. Nie umiał
określić, co ono wyrażało. Coś w stylu odrazy bądź rozczarowania? Męczyło go
to, dlatego postanowił z Travisem do niej podejść.
– Hej…czemu ty się tak na mnie gapisz
cały czas? Czy ja ci coś wczoraj zrobiłem?
Puchonka tylko spuściła wzrok i
wskoczyła szybko do pobliskiego powozu. A blondyn stał i się zastanawiał, co
takiego wczoraj zrobił. Dobrze, ostatnimi czasy zaczął szaleć, wpływ Lucjusza
dał o sobie znać, ale nigdy nie skrzywdziłby dziewczyny. Tego nauczyła go matka
i tego nie mógł wymazać nawet Lucjusz…
_________________________________________________
Trochę mi to zajęło,
ale w końcu zamieściłam nowy rozdział. Ostrzegam jednak, że nie wiem,
kiedy wstawię następny. Nie mam żadnego w zapasie, więc pojawi się
dopiero jak go napiszę.