środa, 14 września 2011

4. Tego nauczyła go matka



Październik okazał się bardzo deszczowym miesiącem. Mało kto wychodził do Hogsmeade, ponieważ co drugi dzień, można się było natknąć na burzę. Irytowało to niejednego ucznia Hogwartu i niejednego nauczyciela. Dlatego też, dyrektor McGonagall, po rozmowie z gronem pedagogicznym, zafundowała uczniom niemałą niespodziankę. Drużyny Quidditcha oraz po pięć osób od piątego rocznika wzwyż, miały wybrać się w podróż….na Teneryfę.
Tam miały odbyć się Światowe Mistrzostwa Quidditcha Szkół Magii. Hogwart był jedną z nielicznych szkół zakwalifikowanych do wyjazdu na Teneryfy. Jeszcze w poprzednim roku, jury przyglądało się dwudziestu szkołom, a uczniowie nawet o tym nie wiedzieli. W efekcie, do rozgrywek na wyspie, dostały się cztery drużyny. Były to najważniejsze zawody, jeśli chodziło o szkoły, a więc dostała się tylko ścisła czołówka. Miało być tylko sześć meczów. Drużyny z największą ilością punktów, grają w finale.
Drugiego dnia – przywitalne przyjęcie. Kolejne dwa dni – mecze. Piąty dzień – finał i pożegnalna impreza. Szósty dzień – wyjazd. Tak przedstawiał się plan.
Hogwart miał się tam dostać poprzez podróż powozami, prowadzonymi przez Testrale. Garstka uczniów mogła podziwiać te stworzenia, które na swój sposób były zachwycające i intrygujące. Posiadały wielką siłę, mimo swojego cherlawego wyglądu. O ile dopasowano odpowiednią ilość Testrali do powozów, podróż miała zlecieć bardzo szybko. McGonagall zadbała o komfort i bezpieczeństwo swoich uczniów. Voldemorta już nie było, ale Czarna Magia i walka między szkołami – tak. Dlatego też, grupę z Hogwartu eskortowali wnukowie Charliego, którzy – jak to przystało – przejęli rodzinny interes. Wkoło powozów ustawionych w odpowiedni szyk, leciało pięć Chińskich Ogniomiotów. Uczniowie o słabych nerwach po prostu szli spać. Wielkie smoki i Testrale to za dużo wrażeń, jak na jedną podróż.
Reprezentacja Hogwartu dotarła na miejsce bardzo późnym wieczorem. Byli zmęczeni i głodni, zresztą jak pozostali goście. Dlatego też, organizatorzy Mistrzostw postarali się o krótką przemową podczas kolacji.
– Witam wszystkich zebranych tu gości. Nazywam się Wiktor Krum i jestem szefem Departamentu Magicznych Gier i Sportów. Wraz z moim sztabem będę sprawował pieczę nad tymi mistrzostwami. Od mojej lewej przedstawiam szkoły: Hogwart, Madison, Ouran i Hartum. Jutro przekażemy waszym dyrektorom dokładniejsze informacje, bo teraz i tak nic nie zrozumiecie. Idźcie się porządnie wyspać. Od jutra możecie trenować na boisku, a wieczorem zapraszam na powitalne przyjęcie. Teraz życzę wam przespanej nocy. – Krum w podeszłym już wieku zszedł z podestu i ruszył za dyrektorami, którzy poszli popijać wino na tarasie widokowym, śmiejąc się ze słabych organizmów swoich uczniów.
Wszyscy uczniowie Hogwartu zasnęli jak dzieci w przygotowanych pokojach hotelowych. To był długi i męczący dzień…
***
Drugiego dnia – jak zakładał plan – odbyło się przyjęcie powitalne. Hogwart poznał swoich przyszłych przeciwników. Były to trzy szkoły: Madison z Hiszpanii, Hartum z Turcji i Ouran z Japonii. Według planu meczy na najbliższe dni, pierwszy mieli odbyć z reprezentacją Hiszpanii.
Przyjęcie nie należało do specjalnie spektakularnych i nie wyglądało na balangę czy chociażby potańcówkę. Wszystko odbyło się bardzo oficjalnie. O umiejętnościach przeciwników, Hogwart miał się przekonać dopiero na boisku. Na przyjęciu mieli okazję poznać jedynie składy drużyn.
Rano udostępniono im boisko na dwie godzin treningu, toteż dali z siebie tyle ile mogli. Wieczorem, na przyjęciu nie wyglądali wcale najlepiej, Musieli się wyspać, bo następnego dnia, to właśni oni rozgrywali pierwszy mecz. Na szczęście jedyny w trzecim dniu pobytu.
***
Dwa dni minęły i wiadomo już było, kto zagra w finale. Wyniki kolejnych meczów przedstawiały się tak:
– Hogwart vs Madison – wygrana Hogwartu
– Madison vs Hartum – wygrana Madison
– Hartum vs Ouran – wygrana Ouran
– Hogwart vs Hartum – wygrana Hogwartu
– Madison vs Ouran – wygrana Ouran
Wszystko stało się jasne. W finale mieli zagrać Hogwart i Ouran. Piątego dnia przyjazdu, na boisku pojawiły się dwie reprezentacje. Na twarzy każdego z zawodników było widać wielkie skupienie. Konkurencja dla Hogwartu była spora. Obrońca i pałkarze mierzyli chyba z dwa metry, co aż dziwi znając wzrost mieszkańców Japonii. Do tego byli solidnie umięśnieni, co dawało obrońcy przewagę, ponieważ swoim ciałem potrafił zakryć całą obręcz.
Nadzieja tkwiła w Rosco – szukającym. Liczyła się szybkość i zwinność. Liczono również na wsparcie Hannibala i Travisa – pałkarzy. Mieli nadzwyczajnego cela i potrafili grzmotnąć tłuczkiem -tak, aby połamać komuś kości.
Jak podejrzewano, Ouran zdobywał punkty w zastraszającym tempie. Hannibal i Travis nie mieli jednak okazji w nikogo trafić tłuczkiem. Musieli bronić Rosco i Mandy – najlepszą ścigająca w Hogwarcie przed atakami pałkarzy z przeciwnej drużyny.
Młody Malfoy nie mógł się skupić na zniczu. Mimo pomocy przyjaciół, musiał wiele razy zwolnić bądź zrobić unik, aby nie oberwać tłuczkiem. Co za tym idzie, musiał od nowa szukać i gonić znicza. Szukająca szkoły Ouran była tak niska i drobna, że prześlizgiwała się przez każdą szczelinę, co nie raz gwarantowało krótszą drogę do znicza. Tu wzrost Ślizgona był przekleństwem.
Ouran miał znaczną przewagę. 140:30. Rosco musiał złapać znicza jak najszybciej. Jeszcze pięć celnych rzutów przeciwników, a nawet znicz nie pomoże w wygranej. Blondyn starał się jak mógł, nie chciał zawieść swojej szkoły.
Niestety, nawet to nie pomogło. Yumi Hamasaki z Ourana złapała znicz. Hogwart przegrał, ustępując pierwszego miejsca szkole z Japonii. Może nie tyle było to zaskoczeniem, co strasznym rozczarowaniem. Gdy drużyna Hogwartu schodziła z boiska, na trybunach ów szkoły zapadła martwa cisza. Wszyscy patrzyli smutnym wzrokiem na swoich przyjaciół, którzy właśnie opuszczali boisko i kierowali się do szatni.
Następne kilka godzin było istnym koszmarem. Uczniowie Hogwartu siedzieli w pokojach hotelowych z ponurymi nastrojami. Obiad nieznacznie poprawił im humor – przynajmniej jedzenie było dobre.
I nagle przyszło zbawienie. A dokładniej w okolicach godziny szesnastej. Nieliczna, przebywająca na Teneryfie garstka Ślizgonów robiła imprezę na plaży. Obecność na pożegnalnej imprezie była mile widziana, ale nieobowiązkowa, toteż – siedemdziesiąt pięć procent uczniów Hogwartu wybrało się na imprezę na plaży. W tym dniu Ślizgoni zapomnieli o podziałach i zaprosili wszystkich. Nawet Gryfonów.
Okole godziny osiemnastej, na plaży paliło się już ognisko, parę osób kąpało się w ciepłych wodach wyspy, inni słuchali dźwięków gitary.
Na ognisku pojawiła się, o dziwo, także Zeppelin. Z zaintrygowaniem wpatrywała się gitarzystę, a może dokładniej, jego grę na gitarze. Zawsze chciała nauczyć się grać na gitarze, ale nie została do tego stworzona.
Impreza rozkręcała się na całego, ludzi przybywało, zwłaszcza miejscowych. Starsi uczniowie zapewnili sobie alkohol, niestety stracili kontrolę nad tym, kto pił ten alkohol. Było tak dużo ludzi, że przyszli absolwenci nie byli w stanie zauważyć, jak piąty rocznik podkrada im piwa. W tym chaosie, Zeppelin uciekła nad brzeg morza, by nim spokojnie pospacerować. Ale i tam nie było jej to dane. Wypatrywała muszelek, gdy nagle ktoś na nią wpadł i to z niemałą siłą. Jednakże Puchonce udało się utrzymać równowagę i spojrzeć na winnego tej stłuczki. Okazał się nim Rosco.
– Mógłbyś trochę uważać, wiesz?
Waldorf przyglądnęła się blondynowi. Był rozczochrany, pijany, a w ręku trzymał…papieros!
– Ty palisz?
– A co, chcesz? Ewentualnie, Hannibal ma blancika, jeśli chcesz. – Rosco wyciągnął papierosa w kierunki Zeppelin.
Ta jednak spojrzała na niego ze strachem w oczach i uciekła w popłochu. Tylko tego jej brakowało. Marihuany, alkoholu i niewiadomo, czego jeszcze. Ślizgon wzruszył ramionami i wrócił do Hannibala oraz ich nowych koleżanek…
***
– Jak ja mam podróżować w takim stanie?! – Hannibala męczył kac, jakich mało. Nie potrafił nawet dobrze rzucić zaklęcia, które spakowałoby jego walizki. W końcu zrezygnował i opadł na łóżko.
Z młodym Malfoyem było niejako lepiej. Nie miał kaca, nie wymiotował, ale nie pamiętał nic z poprzedniego wieczoru. Ostatnie jego wspomnienie ograniczało się do rozpalania ogniska.
Tym bardziej chciał odzyskać pamięć, gdy do samego wyjazdu, widział spojrzenie Zeppelin na sobie. Nie umiał określić, co ono wyrażało. Coś w stylu odrazy bądź rozczarowania? Męczyło go to, dlatego postanowił z Travisem do niej podejść.
– Hej…czemu ty się tak na mnie gapisz cały czas? Czy ja ci coś wczoraj zrobiłem?
Puchonka tylko spuściła wzrok i wskoczyła szybko do pobliskiego powozu. A blondyn stał i się zastanawiał, co takiego wczoraj zrobił. Dobrze, ostatnimi czasy zaczął szaleć, wpływ Lucjusza dał o sobie znać, ale nigdy nie skrzywdziłby dziewczyny. Tego nauczyła go matka i tego nie mógł wymazać nawet Lucjusz…
 _________________________________________________
 Trochę mi to zajęło, ale w końcu zamieściłam nowy rozdział. Ostrzegam jednak, że nie wiem, kiedy wstawię następny. Nie mam żadnego w zapasie, więc pojawi się dopiero jak go napiszę.

środa, 10 sierpnia 2011

3. Eliksir Euforii

Wakacje, jak zazwyczaj, zleciały bardzo szybko. Rosco podczas wakacji nie spotkał się z Lucjuszem, nie chciał się narażać Neve. Odwiedzali go jednak Travis i Hannibal. To była swojego rodzaju rekompensata, za brak kontaktu z pradziadkiem i mordercze spojrzenia ciotki. Od czasu pamiętnej rozmowy młody Malfoy porozumiewał się z Neve tylko w razie konieczności – zwroty grzecznościowe, powiadamianie o odwiedzinach kolegów itp. Ta rozmowa dała mu trochę do myślenia…na pięć minut. Rosco był już tak zmanipulowany przez Lucjusza, że nie odczuwał „ludzkich uczuć”. Był bezwzględnym, zimnym draniem…
– Ros, słyszysz mnie?! Rozmawiamy tutaj o tegorocznych prefektach i strategii dla naszej drużyny Quidditcha. – Hannibal zaczął machać dłonią przed twarzą przyjaciela.
– Ta, ta. O strategię się nie martw, miałem dużo czasu w wakacje. Poradzimy sobie. A kto został prefektem?
– No jeszcze nie doszedłem, kto u nas, ale wiem, że u Gryfonów Travis. Mamy swojego człowieka w szeregach, a co za tym idzie, wtyki!
– Chociaż jedna dobra wiadomość dzisiejszego dnia. Mijałem dzisiaj pannę Potter…szatanie jak ona mi działa na nerwy. Jak to jest możliwe, że jest ze mną spokrewniona? Jest całkiem inna od wuja Jamesa.
– Ty to naprawdę masz słabą pamięć. Zapomniałeś, że wredny charakterek odziedziczyła po matce?
– Ah no tak. W takim razie pytam się, jak ona trafiła do Gryffindoru, z matką ze Slytherinu i takim charakterem?
– Zadaje sobie to samo pytanie od pięciu lat…
Pociąg mknął i mknął, a rozmowa chłopaków ciągnęła się bez końca. Czego, jak czego, ale tematów do rozmów im nie brakowało. Tu obgadali dziewczyny z góry do dołu, tu omówili strategię na tegoroczny sezon Quidditcha, tam rozmawiali o planach na ferie zimowe.
Przy takich rozmowach zleciała im cała podróż.  Gdy tylko wysiedli z pociągu, zaczęli szukać Travisa. Na ich szczęście brunet nie został porwany jeszcze do pełnienia obowiązków prefekta.
– No gratulacje. Wiesz, że liczymy na twoje przywileje, prawda Travisku? – Hannibal objął kumpla niczym zakochana nastolatka.
– Jeśli będziesz się tak do mnie tulił, to będę się bał wykorzystywać te przywileje dla was…jeszcze mnie wykorzystasz..
Zarówno Weasley jak i Rosco wybuchli gromkim śmiechem, na widok miny Lorcana. Brunet nie pomyślał nawet, jak mogły zabrzmieć jego słowa przy takim geście.  Koledzy wypominali mu to, aż do kolacji, kiedy to Travis dowiedział się o pewnej interesującej rzeczy. Do Hufflepuffu dołączyła nowa uczennica, która niespodziewanie została od razu mianowana na prefekta. Nikt nie krył zaskoczenia, dopóki nie zobaczył ów dziewczyny na zewnątrz Wielkiej Sali, rozmawiającej z dyrektorką.
Zeppelin Waldorf była dość niską dziewczyną. Mierzyła zaledwie sto sześćdziesiąt pięć centymetrów, przy stu dziewięćdziesięciu dwóch Rosco i Hannibala. Pochodziła z Bułgarii, chowała figurę pod mundurkiem o rozmiar większym i posiadała piękne, kruczoczarne włosy. Jednakże spinała je w kok, co dodawało jej lat i odbierało jej pięknym, brązowym oczom blasku.
Rosco spojrzał na nią tylko raz, po czym wrócił do rozmowy z Hannibalem. Dziewczyna nie wywarła na nim wrażenia, więc, po co miał poświęcać jej uwagę?
***
– No nie mogę się doczekać. Fajnie, że Neve…sory. Fajnie, że profesor Malfoy robi dziś zajęcia dla wszystkich domów naszego rocznika w Wielkiej Sali. – Podekscytowany Hannibal dumnie kroczył obok Travisa i Rosco, którzy tą wizją jakoś specjalnie zachwyceni nie byli. Więcej uczniów, więcej kłótni, więcej wybuchów. Zwłaszcza, jeśli chodzi o Puchonów.
– Oj tam, oj tam. Łączone zajęcia, oznaczają trzy razy więcej dziewczyn!
– Tak mój drogi przyjacielu Ślizgonie, jednakże to oznacza spotkanie z Aishą – odparł smętnie Rosco. Od pierwszej klasy rywalizował z nią, jeśli sprawa rozchodziła się o Eliksiry. Oboje byli dobrzy w tym dobrzy. Ale chcieli być najlepsi. A tylko jedno z nich może być mistrzem.
Chłopaków uciszyła Neve, ponieważ byli oni ostatnimi brakującymi oczami, którzy już przekroczyli próg WS.
– Albo koniec pogaduszek albo odejmuję po dziesięć punktów. Waszym dzisiejszym zadaniem będzie uwarzenie Eliksir Euforii. Składniki macie wypisane na tablicy. Jeśli chcecie się jednakże pośmiać i pochwytać za nosy to nie dodawajcie mięty. Osłabia ona te skutki uboczne.
Chłopakom spodobała się wizja skutków ubocznych tego eliksiru, dlatego nie dodali mięty. Tuż za Rosco i Hannibalem siedziała Zeppelin, która już zajmowała się pancerzykami chitynowymi, figami abisyńskimi i sokiem z cytryny.
Neve przechadzała się między ławkami i bacznie obserwowała poczynania uczniów. Nie zauważyła jednak Aishy Potter, której wystawała fiolka z szaty. Czekała ona na dogodny moment, aby sprawić Malfoyowi psikusa. Zemsta za wszystkie postrzępione nerwy.
Gdy tylko Rosco i Hannibal podeszli po podpisane fiolki do Neve, Aisha wyczyściła kociołek blondyna, po czym szybko wlała zawartość fiolki do kociołka. Zaklęciem jeszcze odrobinę zwiększyła ilość cieczy i zmieniła powierzchownie kolor, aby nie zauważono różnicy.
Po pięciu minutach od tego zdarzenia także Aisha podeszła do nauczycielki, wtedy to Zeppelin lekko puknęła Rosco w plecy.
– Eee…
Blondyn zdziwiony owym zajściem, odwrócił się i spojrzał pytająco na Puchonkę.
– Nie pij swojego eliksiru. Ta Gryfonka po twojej lewej stronie podmieniła ci zawartość kociołka. Masz tam, sądząc po prawdziwym kolorze i gęstości, mocny Eliksir Odmładzający.
Ślizgon spojrzał z zaskoczeniem na Waldorf. Po pierwsze, wyglądała na tak onieśmieloną i niepewną, że aż strach. Po drugie, była bardzo spostrzegawcza. Po trzecie, na prawdę miała pojęcie o Eliksirach.
– Dzięki….
Rosco odwrócił się od brunetki i zemścił się za próbę zemsty metodą „oko za oko”.  Natomiast swój kociołek opróżnił i przelał trochę Eliksiru Euforii od Hannibala. Na jego szczęście, ciotka była zajęta zgrają uczniów przy niej.
Piętnaście minut później Neve ogłosiła koniec czasu. Zebrała już próbki do oceny, teraz pozwoliła uczniom wypić swoje eliksiry. W chwilę potem, prawie wszyscy uczniowie łapali się za nosy i chichotali. Nieliczni zdecydowali się nie pić eliksiru. A tylko jedna osoba zachowywała się inaczej od wszystkich.
Aisha Potter zaczęła cofać się wiekowo w zastraszającym tempie. Kiedy była na etapie dziesięciu lat, krzyknęła: „Uduszę cię!”. Uczniowie zaczęli się śmiać jeszcze bardziej.
Neve od razu podbiegła do Aishy, która zatrzymała się na szczęście bądź nieszczęście, etapie rocznego dziecka. Wzięła ją na ręce, zarządziła koniec lekcji i pobiegła w stronę Skrzydła Szpitalnego.
Tylko Rosco, Aisha oraz Zeppelin wiedzieli, co się naprawdę stało. Po krótkiej chwili, także Travis i Hannibal, którzy byli zaskoczeni złośliwością Aishy oraz zachowaniem Zeppelin.
– Na pewno profesor Malfoy poprowadzi śledztwo, aby rozwikłać tą sytuację. Jak coś możemy liczyć na twoje zeznania? – Travis podszedł do Puchonki i spojrzał na nią z uśmiechem.
– Brzmisz jak jakiś adwokat. – Zachichotał Hannibal.
– Tak, oczywiście – odparła nieśmiało spoglądając na Gryfona.
– Dobra chłopaki, zbieramy się. Czeka nas jeszcze przerwa obiadowa z tysiącem.
Blondyn pożegnał Waldorf skinieniem głowy i ruszył w kierunku wyjścia, a tuż za nim Travis i Hannibal. Skierowali się do Pokoju Życzeń, który tym razem zamienił się w średnich rozmiarów pokój z lodówką i stołem na środku. Po zajęciu miejsc, oraz wyjęciu przekąsek z lodówki, chłopcy wzięli się za grę i…pogaduszki.
– Sto dziesięć.
– Sto trzydzieści.
– Sto czterdzieści.
– Pas.
–Pas.
– Ha jak zwykle najlepsze karty. Powiem wam, że jestem zaskoczony tą nową Puchonką – powiedział Hannibal zgarniając karty pozostawione na stole.
– No. Gdyby nie ona, Rosco stałby się berbeciem.
– Oj no uspokójcie się już. Po co tyle o niej gadacie? – Rosco prychnął w kierunku Travisa.
– Ponieważ to pierwsza osoba, która bezinteresownie ci pomogła… 
___________________________________________
Tak jak obiecałam, trochę akcji i nowych wątków. Nowy rozdział myślę, iż ukaże się na początku września. Mam teraz trochę spraw na głowie w postaci studiów, więc proszę o wyrozumiałość. Zapraszam do czytania.

środa, 20 lipca 2011

2. Wyrzuty sumienia.



Jedną z osób, która chciała uchronić blondyna była Neve. Jako nauczycielka w Hogwarcie miała największe możliwości, aby jakoś wpłynąć na młodzieńca. Dlatego to jej powierzono „misję” odzyskania najdroższego skarbu Rose.
Neve Malfoy – nauczycielka Eliksirów w Hogwarcie licząca sobie dwadzieścia dwa lata. Wybitna, uczennica, która w trzy lata uwinęła się z dalszą nauką, aby móc powrócić do swojej ukochanej szkoły, jako nauczycielka. Od pierwszego roku pociągały ją Eliksiry i to właśnie z nimi wiązała swoją przyszłość. Czasami przerywała warzenie eliksirów w Lochach, aby spotkać się ze znajomymi.
To podczas jednego z tych spotkań spotkała swojego przyszłego narzeczonego. Troy Bass – niezbyt imprezowy, wysoki brunet z domu Kruka. Był dobrym uczniem, nie miał większego powodzenia i kochał Eliksiry tak jak Neve. Od nich się zaczęło. Zaczęli się spotykać na czwartym roku i nie zanosi się na rozstanie, co potwierdzają zaręczyny. Panna Malfoy, a już niedługo Pani Bass nie narzekała na brak adoratorów w szkole. Jednakże w porównaniu do ojca i brata, nie szalała, z kim popadnie. Była ostrożna, czasami brutalna w odrzuceniach, ale to właśnie dzięki temu, nie zaznała złamanego serca. Z czystym sumieniem mogła przyznać, że Krukon był jej pierwszą miłością. I miała nadzieję, że także ostatnią.
Czasami nie rozumiała, dlaczego jej brat nie spróbuje znaleźć nowej partnerki. Tyle lat minęło od śmierci Rose. Z czasem jednak to do niej dotarło. Już żadnej nie umiałby pokochać, poza tym jego świat kręcił się wyłącznie wokół Rosco. Gdy syn był w szkole, spotykał się z Hugonem, Ackermanem, jednakże nie z kobietami. Nie mógłby im dać to, czego by chciały. Miłości, czułości…wszystko dał Rose. I tylko jej synowi potrafił dać podobne uczucia.
Neve z bólem obserwowała jak z roku na rok Rosco coraz bardziej wdaje się w pradziadka. Jak rozbudza się w nim Malfoy„ z krwi i kości”. Blondyn na początku starał się temu przeciwstawić, lecz w końcu uległ. Czarna Magia i snobizm zaczęły mu sprawiać przyjemność. Różnica polegała na tym, że traktował tak wszystkich prócz Hannibala i Travisa. Traktował rodzinę jakby byli mugolami. Neve jeszcze jakoś to umiała znieść. Gorzej było ze Scorpiusem. Zaczął palić i popijać whisky wieczorami, gdzie przestał to robić dla Rose. Na jego twarzy widniało więcej zmarszczek, niż na twarzy Ackermana czy Hugona. Nie umiał sobie z tym poradzić. Dlatego też te wakacje Rosco miał spędzić u ciotki.
Dokładnie w dwa dni po zakończeniu roku w mieszkaniu Neve i Troya pojawił się Rosco.
– Dawno cię ciociu nie widziałem. Zastanówmy się, ostatni raz był…wczoraj. Kto wpadł na pomysł, żebym wakacje spędził u ciebie? Nie wystarczy, że widzę ciebie, na co dzień w szkole?
– Ależ ty uprzejmy…To pomysł mój i twojego ojca. Wiemy, że spotykasz się z Lucjuszem i chcemy temu zapobiec.
– Ale…
– Żadnych ale. Masz piętnaście lat, nadal musisz robić to, co ci każe ojciec. Lucjusz to tylko podła gnida. Bał się Voldemorta, był jednym wielkim tchórzem. Myślał, że odbije to sobie na twoim ojcu, ale i tu doznał porażki. Więc padło na ciebie. Chce poczuć władzę i chce ciebie ściągnąć na złą drogę. Ja na to nie pozwolę.
– Nie masz nic innego do roboty?
– Boże…jakiś ty się bezczelny zrobił. Wyobraź sobie, że mam coś lepszego do roboty! Wyobraź sobie, że zaręczyłam się i planuję ślub. Ale przez twoją przeklętą naiwność, mam ciebie do roboty! Nie mogę pozwolić, by mój brat stracił i ciebie. Już stracił jedną miłość swojego życia. Druga żyje i nie może odejść świadomie. Rozumiesz?! Nie po to umarła twoja matka!
Blondyn zamilkł. Nigdy nie widział Neve tak zdenerwowanej. Mimo radosnej nowiny, na jej twarzy gościło rozczarowanie, smutek żal, które on spowodował. Lucjusz nauczył go dystansu do rodziny, jednakże te słowa sprawiły, że poczuł lekkie ukłucie w sercu. Poczuł się winny. Pierwszy raz od czasu „zmiany” poczuł wyrzuty sumienia, że sprawił komuś przykrość. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Stał i milczał, patrząc się w podłogę.
– Pięknie, po prostu pięknie…Jeśli dowiem się, że spotkałeś się z Lucjuszem w wakacje, to jak Boga kocham, poczęstuje cię Wywarem Żywej Śmierci. Nie pozwolę ci krzywdzić mojego brata. A teraz zejdź mi z oczu…

__________________________
Przepraszam, że odcinek taki krótki. W następnym wprowadzę nowe wątki i zacznie się trochę dziać. W tym odcinku chciałam się skupić na przedstawieniu Neve i wprowadzeniu wątku z Lucjuszem. Mam nadzieję, że mimo wszystko wam się spodoba.