środa, 11 lipca 2012

5. Skąd wiesz, że nie pójdzie w ich ślady?



Przepraszam, że nowy rozdział pojawił się tak późno. Nie miałam kompletnie weny, ale chłopak mnie jakoś przekonał, usiadłam do komputera i dokończyłam ten odcinek. Spróbuję napisać parę rozdziałów na wyrost. Życzę miłego czytania!
___________________________________________
Last Christmas i gave you my heart, but the very next day, you give it away…W radiu rozbrzmiewały świąteczne hity, a posiadłość Malfoyów nawiedzali coraz to nowsi goście. Na Wigilię do Scorpiusa i jego syna zostali zaproszeni: Ackerman, Hugo z żoną i Travisem, Neve z narzeczonym oraz Dracon i Astoria. Lucjusz oraz Narcyza nie zostali uwzględnieni w tym grafiku. Nikt nie chciał ich tam z resztą widzieć. W kuchni siedziały kobiety, pilnując by potrawom się nic nie stało i żeby ładnie nakryć stół. Tak są skrzaty, ale Scorpius nie wykorzystuje ich podczas świąt. Ma od tego mamę, siostrę itd. Po co męczyć skrzaty? Zresztą…akurat te kobietki nie wpuszczą nikogo obcego do kuchni.
- Troy, jak tam przygotowania do ślubu? Moja siostrzyczka szaleje?
- Żebyś facet wiedział. – westchnął Bass. –  Do ślubu zostały cztery miesiące, a nam zostało raptem 10 % naszego budżetu ślubnego. Zgadnij, co mogło pochłonąć większą część pieniędzy, oczywiście poza weselem?
- No niech zgadnę. Czyżby wymarzona suknia ślubna? Kobiety jak księżniczki, jak im się coś spodoba to amen, nawet gdyby Chiny trzeba by było sprzedać za tą rzecz. Rose na swoją suknię wydała sporą sumę, wolę nie zdradzać, ale jej radość i wygląd w dniu ślubu był bezcenny – Scorpiusowi na wspomnienie zmarłej małżonki w dniu ślubu momentalnie pociekły łzy.
Troy to zauważył i do końca świąt więcej nie wchodził na tematy, w których mogło się mimowolnie pojawić wspomnienie Rose. Nigdy jej nie poznał, ale z tego, co słyszał od innych, musiała być wspaniałą matką, żoną, siostrą, córką i przyjaciółką.
Kobiety z rodu Weasleyów i Malfoyów spisały się na medal. Zaspokoiły nawet najwybredniejsze podniebienia płci brzydszej. Świąteczna kolacja została skonsumowana w spokojnej, radosnej atmosferze. Potem nadszedł czas na prezenty. Wszystkie prezenty były typowe, przewidywalne. Biżuteria, dodatki do ubrań, kosmetyki, perfumy i tym podobne. Jedynie jeden prezent wyróżniał się na tle innych. Była to biżuteria, ale nie byle jaka.
- Tato, czy ja ci wyglądam na dziewczynę i miłośnika skorpionów?
- Synu, to sentymentalna pamiątka. Nie masz go nosić, tylko przekazać wybrance swojego serca. Zamiast pierścionka matki, daję ci naszyjnik, który dostała kiedyś ode mnie. W niekoniecznie dobrych okolicznościach, ale nosiła go.
Rosco przyjrzał się zawieszce. Był to srebrny skorpion wysadzany siedmioma brylancikami, które co jakiś czas zmieniały barwę. Młody Malfoy spekulował, iż kolor mógł zależeć od humoru osoby, która trzymała skorpiona w rękach lub miała go przy sobie.
- E…dziękuje. Aczkolwiek myślę, że dziadek Lucjusz uzna to za tandetne. Stary naszyjnik podarować swojej dziewczynie?
W Scorpiusie zawrzała złość. Lucjusz….tandetne...Te słowa w jednym zdaniu aktywowały wulkan…
- Do jasnej cholery! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zadawał się z tą kanalią?! Prawie udało mu się zniszczyć życie twojego dziadka Draco, potem moje! Dopiero, gdy pozbyliśmy się go z naszego życia, wszystko zaczęło się układać! Twoja matka nigdy by na to nie pozwoliła!
- No widzisz, to słaby z ciebie ojciec, skoro nie umiesz upilnować syna przed dziadkiem. Tyle mam do powiedzenia, o! Chyba wybiorę się do Hannibala dzisiaj. Wrócę po Sylwestrze. Nara.
Rosco udał się na górę, gdzie pewnie chciał się spakować i za pomocą proszka Fiuu udać się do przyjaciela.
Na dole wszyscy skamieniali. W oczach Scorpiusa pojawiły się łzy. Tyle lat opiekował się synem, dawał mu wszystko, czego potrzebował, a teraz okazuje się słabym ojcem? Tego było dla niego za wiele. Złapał za płaszcz, który wisiał na pobliskim wieszaku i teleportował się.
Na cmentarzu panowała okropna pogoda. Było zimno, a do tego padał śnieg z deszczem. Scorpius wylądował tuż przed grobem małżonki. Spojrzał na nagrobek, po czym upadł na kolana. Schował twarz w ręce i najzwyczajniej w świecie rozpłakał się jak małe dziecko. Klęczał tak, nie zważając na to, że jego spodnie robiły się coraz bardziej mokre. Zakończenie Wigilii złamało go w środku i nic nie było w stanie ukoić jego bólu. Nic….Tylko Rose. Ale ona odeszła…
***
Trzydziesty pierwszy grudzień nadszedł tak szybko, że Rosco nawet nie zauważył, że nocował u przyjaciela już siódmą noc. Tydzień. Cały tydzień bez żadnego kontaktu z rodziną. Zwłaszcza z ojcem. Dlatego też, Hannibal postanowił uciąć sobie z nim małą pogawędkę.
- Stary…nie obchodzi mnie, jak sobie o mnie pomyślisz, ale uważam, że powinieneś urwać kontakt z Lucjuszem. To zły człowiek. Były Śmierciożerca. Nawet mój dziadek radzi na niego uważać. A wiesz, że on pamięta czasy Voldemorta i pamięta, jak twój dziadek, Draco działał ze Śmierciożercami przez Lucjusza. Wiesz dobrze, że tego żałuje. On cię ściągnie na dół. Czarna magia może i jest intrygująca, ale zobacz ile zła wyrządziła. W czasach Voldemorta zginęło nie tylko dużo mugoli, ale i wspaniałych czarodziejów. Gdyby nie Harry Potter, ani twój ojciec, ani ty, nie pojawilibyście się na tym świecie.
Nie gadam jak Ślizgon, wiem. Gadam jak racjonalny człowiek, który zdaje sobie sprawę ile zła wyrządziła ta magia. Do dziś mam szacunek dla dyrektor McGonnagall. Ma już sto dziesięć lat na karku, przetrwała walki z Voldemortem i dba, by w naszej szkole już nigdy więcej nie ujawnił się żaden „uczeń” Voldemorta bądź Śmierciożerców. A ty idziesz właśnie w tym kierunku. Człowieku, na Salazara, ogarnij się!
- Gadasz jak debil. Lepiej idźmy się napić i zająć się koleżankami, które uraczyły nas swoją obecnością na twojej imprezie sylwestrowej – odparł Rosco, po czym ruszył w kierunku wielkiego salonu w posiadłości Lorcanów.
- Matka nie byłaby z ciebie dumna… - westchnął smutno Hannibal, po czym podążył za przyjacielem…
***
USA. Seattle. Prawie osiem tysięcy kilometrów od Rosco, Scorpiusa i pozostałych bohaterów, Zeppelin spędzała przerwę świąteczną ze swoją rodziną. W USA mieszkał jej adoptowany brat. Rodzice mieszkali nadal w Bułgarii, starsza siostra uczęszczała do Beauxbatons, a ona przeprowadziła się do dziadków, do Anglii, ponieważ chciała uczęszczać do Hogwartu.
Ze szczegółami opowiedziała o nowej szkole, nauczycielach, zajęciach itp. Temat znajomych pozostawiła na pogaduszki z siostrą. Urządziły je zaraz po Sylwestrze, gdy tylko wszyscy poszli spać.
- No i jak tam w Hufflepuffie? Masz już jakiś przyjaciół? – zagadnęła siostra.
- Można tak powiedzieć. Już mam koleżanki, z którymi siedzę na zajęciach itd. Ale chyba największe emocje, to i tak były na Teneryfach,
- Kurczę. Szkoda, że przegraliście. Ale cóż tak bywa. A jak impreza pożegnalna? Cztery szkoły razem, to musiała być niezła balanga. Już sobie tam ciebie wyobrażam. – Zaśmiała się Karina. – Prędzej nasz kochany braciszek Hayke by się tam odnalazł.
- Nie wiedziałam, że Hogwart jest tak…rozpustny? Slytherin, to tam pił, palił…i wolę nie myśleć co jeszcze.
- A….Oni zawsze mieli do tego skłonności. Rodzice karmili ich Brendy zamiast mlekiem, haha.
- Przypominając sobie spotkanie z Malfoyem nad morzem, to jestem skłonna przyznać ci rację.
- Malfoy?
- Tak. Rosco, jeśli dobrze słyszałam.
- Trzymaj się od niego z daleka, Zepp. Mówię naprawdę poważnie. On jest niebezpieczny…
- Ani na Eliksirach, kiedy mu pomogłam, ani nad morzem, nie wyglądał na takiego. Po prostu lubi używki.
- Jego dziadkowie praktykowali czarną magię. Draco Malfoy i jego ojciec Lucjusz Malfoy byli Śmierciożercami. Skąd masz pewność, że i on nie poszedł w ich ślady.
Zeppelin zamilkła. Nie tego spodziewała się usłyszeć…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz