Przepraszam, że nowy rozdział pojawił się tak późno. Nie
miałam kompletnie weny, ale chłopak mnie jakoś przekonał, usiadłam do
komputera i dokończyłam ten odcinek. Spróbuję napisać parę rozdziałów na
wyrost. Życzę miłego czytania!
___________________________________________
Last
Christmas i gave you my heart, but the very next day, you give it away…W
radiu rozbrzmiewały świąteczne hity, a posiadłość Malfoyów nawiedzali coraz to
nowsi goście. Na Wigilię do Scorpiusa i jego syna zostali zaproszeni: Ackerman,
Hugo z żoną i Travisem, Neve z narzeczonym oraz Dracon i Astoria. Lucjusz oraz
Narcyza nie zostali uwzględnieni w tym grafiku. Nikt nie chciał ich tam z
resztą widzieć. W kuchni siedziały kobiety, pilnując by potrawom się nic nie
stało i żeby ładnie nakryć stół. Tak są skrzaty, ale Scorpius nie wykorzystuje
ich podczas świąt. Ma od tego mamę, siostrę itd. Po co męczyć skrzaty?
Zresztą…akurat te kobietki nie wpuszczą nikogo obcego do kuchni.
- Troy, jak tam przygotowania do ślubu? Moja
siostrzyczka szaleje?
- Żebyś facet wiedział. – westchnął Bass. – Do ślubu zostały cztery miesiące, a nam
zostało raptem 10 % naszego budżetu ślubnego. Zgadnij, co mogło pochłonąć
większą część pieniędzy, oczywiście poza weselem?
- No niech zgadnę. Czyżby wymarzona suknia ślubna?
Kobiety jak księżniczki, jak im się coś spodoba to amen, nawet gdyby Chiny
trzeba by było sprzedać za tą rzecz. Rose na swoją suknię wydała sporą sumę,
wolę nie zdradzać, ale jej radość i wygląd w dniu ślubu był bezcenny –
Scorpiusowi na wspomnienie zmarłej małżonki w dniu ślubu momentalnie pociekły
łzy.
Troy to zauważył i do końca świąt więcej nie
wchodził na tematy, w których mogło się mimowolnie pojawić wspomnienie Rose.
Nigdy jej nie poznał, ale z tego, co słyszał od innych, musiała być wspaniałą
matką, żoną, siostrą, córką i przyjaciółką.
Kobiety z rodu Weasleyów i Malfoyów spisały się na
medal. Zaspokoiły nawet najwybredniejsze podniebienia płci brzydszej.
Świąteczna kolacja została skonsumowana w spokojnej, radosnej atmosferze. Potem
nadszedł czas na prezenty. Wszystkie prezenty były typowe, przewidywalne.
Biżuteria, dodatki do ubrań, kosmetyki, perfumy i tym podobne. Jedynie jeden
prezent wyróżniał się na tle innych. Była to biżuteria, ale nie byle jaka.
- Tato, czy ja ci wyglądam na dziewczynę i
miłośnika skorpionów?
- Synu, to sentymentalna pamiątka. Nie masz go
nosić, tylko przekazać wybrance swojego serca. Zamiast pierścionka matki, daję
ci naszyjnik, który dostała kiedyś ode mnie. W niekoniecznie dobrych
okolicznościach, ale nosiła go.
Rosco przyjrzał się zawieszce. Był to srebrny
skorpion wysadzany siedmioma brylancikami, które co jakiś czas zmieniały barwę.
Młody Malfoy spekulował, iż kolor mógł zależeć od humoru osoby, która trzymała
skorpiona w rękach lub miała go przy sobie.
- E…dziękuje. Aczkolwiek myślę, że dziadek Lucjusz
uzna to za tandetne. Stary naszyjnik podarować swojej dziewczynie?
W Scorpiusie zawrzała złość.
Lucjusz….tandetne...Te słowa w jednym zdaniu aktywowały wulkan…
- Do jasnej cholery! Ile razy mam ci powtarzać,
żebyś nie zadawał się z tą kanalią?! Prawie udało mu się zniszczyć życie
twojego dziadka Draco, potem moje! Dopiero, gdy pozbyliśmy się go z naszego
życia, wszystko zaczęło się układać! Twoja matka nigdy by na to nie pozwoliła!
- No widzisz, to słaby z ciebie ojciec, skoro nie
umiesz upilnować syna przed dziadkiem. Tyle mam do powiedzenia, o! Chyba
wybiorę się do Hannibala dzisiaj. Wrócę po Sylwestrze. Nara.
Rosco udał się na górę, gdzie pewnie chciał się
spakować i za pomocą proszka Fiuu udać się do przyjaciela.
Na dole wszyscy skamieniali. W oczach Scorpiusa
pojawiły się łzy. Tyle lat opiekował się synem, dawał mu wszystko, czego
potrzebował, a teraz okazuje się słabym ojcem? Tego było dla niego za wiele.
Złapał za płaszcz, który wisiał na pobliskim wieszaku i teleportował się.
Na cmentarzu panowała okropna pogoda. Było zimno,
a do tego padał śnieg z deszczem. Scorpius wylądował tuż przed grobem małżonki.
Spojrzał na nagrobek, po czym upadł na kolana. Schował twarz w ręce i
najzwyczajniej w świecie rozpłakał się jak małe dziecko. Klęczał tak, nie
zważając na to, że jego spodnie robiły się coraz bardziej mokre. Zakończenie
Wigilii złamało go w środku i nic nie było w stanie ukoić jego bólu. Nic….Tylko
Rose. Ale ona odeszła…
***
Trzydziesty pierwszy grudzień nadszedł tak szybko, że Rosco nawet nie zauważył, że nocował u przyjaciela już siódmą noc. Tydzień. Cały tydzień bez żadnego kontaktu z rodziną. Zwłaszcza z ojcem. Dlatego też, Hannibal postanowił uciąć sobie z nim małą pogawędkę.
Trzydziesty pierwszy grudzień nadszedł tak szybko, że Rosco nawet nie zauważył, że nocował u przyjaciela już siódmą noc. Tydzień. Cały tydzień bez żadnego kontaktu z rodziną. Zwłaszcza z ojcem. Dlatego też, Hannibal postanowił uciąć sobie z nim małą pogawędkę.
- Stary…nie obchodzi mnie, jak sobie o mnie
pomyślisz, ale uważam, że powinieneś urwać kontakt z Lucjuszem. To zły
człowiek. Były Śmierciożerca. Nawet mój dziadek radzi na niego uważać. A wiesz,
że on pamięta czasy Voldemorta i pamięta, jak twój dziadek, Draco działał ze
Śmierciożercami przez Lucjusza. Wiesz dobrze, że tego żałuje. On cię ściągnie
na dół. Czarna magia może i jest intrygująca, ale zobacz ile zła wyrządziła. W
czasach Voldemorta zginęło nie tylko dużo mugoli, ale i wspaniałych
czarodziejów. Gdyby nie Harry Potter, ani twój ojciec, ani ty, nie
pojawilibyście się na tym świecie.
Nie gadam jak Ślizgon, wiem. Gadam jak racjonalny
człowiek, który zdaje sobie sprawę ile zła wyrządziła ta magia. Do dziś mam
szacunek dla dyrektor McGonnagall. Ma już sto dziesięć lat na karku, przetrwała
walki z Voldemortem i dba, by w naszej szkole już nigdy więcej nie ujawnił się
żaden „uczeń” Voldemorta bądź Śmierciożerców. A ty idziesz właśnie w tym
kierunku. Człowieku, na Salazara, ogarnij się!
- Gadasz jak debil. Lepiej idźmy się napić i zająć
się koleżankami, które uraczyły nas swoją obecnością na twojej imprezie
sylwestrowej – odparł Rosco, po czym ruszył w kierunku wielkiego salonu w
posiadłości Lorcanów.
- Matka nie byłaby z ciebie dumna… - westchnął
smutno Hannibal, po czym podążył za przyjacielem…
***
USA. Seattle. Prawie osiem tysięcy kilometrów od
Rosco, Scorpiusa i pozostałych bohaterów, Zeppelin spędzała przerwę świąteczną
ze swoją rodziną. W USA mieszkał jej adoptowany brat. Rodzice mieszkali nadal w
Bułgarii, starsza siostra uczęszczała do Beauxbatons, a ona przeprowadziła się
do dziadków, do Anglii, ponieważ chciała uczęszczać do Hogwartu.
Ze szczegółami opowiedziała o nowej szkole,
nauczycielach, zajęciach itp. Temat znajomych pozostawiła na pogaduszki z
siostrą. Urządziły je zaraz po Sylwestrze, gdy tylko wszyscy poszli spać.
- No i jak tam w Hufflepuffie? Masz już jakiś
przyjaciół? – zagadnęła siostra.
- Można tak powiedzieć. Już mam koleżanki, z
którymi siedzę na zajęciach itd. Ale chyba największe emocje, to i tak były na
Teneryfach,
- Kurczę. Szkoda, że przegraliście. Ale cóż tak
bywa. A jak impreza pożegnalna? Cztery szkoły razem, to musiała być niezła
balanga. Już sobie tam ciebie wyobrażam. – Zaśmiała się Karina. – Prędzej nasz
kochany braciszek Hayke by się tam odnalazł.
- Nie wiedziałam, że Hogwart jest tak…rozpustny?
Slytherin, to tam pił, palił…i wolę nie myśleć co jeszcze.
- A….Oni zawsze mieli do tego skłonności. Rodzice
karmili ich Brendy zamiast mlekiem, haha.
- Przypominając sobie spotkanie z Malfoyem nad
morzem, to jestem skłonna przyznać ci rację.
- Malfoy?
- Tak. Rosco, jeśli dobrze słyszałam.
- Trzymaj się od niego z daleka, Zepp. Mówię
naprawdę poważnie. On jest niebezpieczny…
- Ani na Eliksirach, kiedy mu pomogłam, ani nad
morzem, nie wyglądał na takiego. Po prostu lubi używki.
- Jego dziadkowie praktykowali czarną magię. Draco
Malfoy i jego ojciec Lucjusz Malfoy byli Śmierciożercami. Skąd masz pewność, że
i on nie poszedł w ich ślady.
Zeppelin zamilkła. Nie tego spodziewała się
usłyszeć…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz